ZIELONA GÓRA:

Niezwykłe wspomnienia Ernsta Tulke [Nieznana Zielona Góra]

Niedawno miałem przyjemność poznać Panią Kornelię Löw. Jest ona córką Ernsta Tulke, który do 1945 r. mieszkał w zielonogórskim Nowym Kisielinie (niem. Deutsch Kessel). Dzięki tej znajomości uzyskałem mnóstwo niesamowitych zdjęć, informacji na temat naszej małej wspólnej ojczyzny. Poznajcie historię jej ojca, która wnosi ogromnie dużo wiadomości na temat okolic, Nowego Kisielina i toczącego się w nim życia widzianego oczami młodego chłopaka.

Ernst Tulke urodził się 05.02.1931 r. w Nowym Kisielinie. Był synem Gertrid Tulke i mistrza piekarskiego oraz właściciela miejscowej piekarni Bernharda Tulke. Był to zawód, który zakorzeniony był od lat w rodzinie, gdyż jego dziadek Herrman Tulke był młynarzem i właścicielem… młyna w Nowym Kisielinie! Miał dwie młodsze siostry Hertę (ur. 1932 r.) oraz Dorotę (ur. 1934 r.) z którymi doskonale się dogadywał. Mieszkali w charakterystycznym  niewielkim jednorodzinnym domku przy dzisiejszej ul. Odrzańskiej 22 w zielonogórskim Nowym Kisielinie

Za czasów Ernsta Nowy Kisielin był małą wioską mającą zaledwie 2 km długości, 400 mieszkańców i wszyscy się znali. Pomimo takiej wielkości mieściły się we wsi dwie piekarnie, dwie restauracje (sic!), dwa sklepy spożywcze, szkoła, cmentarz oraz zamek „hrabiego Pfeihla”.

Uczęszczał do miejscowej szkoły podstawowej, która wówczas miała dwie klasy. Jego nauczycielem był Arthur Muller, który był… szkolnym kolegą jego ojca. Ernst miał spokojne dzieciństwo, ale odkąd skończył 12 lat musiał zacząć ciężką pracę. Pomagał ojcu w prowadzeniu piekarni. Dwa razy dziennie po szkole musiał jeździć rowerem wypełnionym pieczywem, które sprzedawał. Inaczej klienci nie kupiliby wypieków z ich rodzinnej piekarni tylko poszliby do innej, co wiązało się z brakiem zarobku. Ernst miał zaledwie 12 lat, czasy były takie, że nie było dziecięcych rowerów – trwała wojna… Ernst poradził sobie z tym problemem mocując za pomocą dodatkowego wspornika siodełko do… ramy.

W każdą środę z pieczywem musiał jeździć do Ługowa (niem. Wilhelminental). Niegdyś to była niewielka kolonia z rakarnią należąca do Starego Kisielina, w której mieszkali tylko rolnicy. Ich ulubionym pieczywem były bułki z piekarni jego ojca. Dla tego młodzieńca pokonanie, tej trasy z wypełnionym po brzegi pieczywem rowerem, musiało być nie lada wyzwaniem, bo przecież trzeba było jechać przez Stary Kisielin, Raculę, Drzonków, Suchą lub nierównymi leśnymi drogami.

W chleb z rodzinnej piekarni zaopatrywał także pobliskie lotnisko szybowcowe, które znajdowało się w Droszkowie. Co tydzień dostarczał tam wózek czarnego chleba. Kiedy rok szkolny się kończył i przychodziło lato, Ernstowi nie było łatwiej… Kiedy jego koledzy ze szkoły kapali się w miejscowym stawie on musiał opiekować się krowami, bo oprócz piekarni jego rodzina miała niewielką farmę: konia, krowy, świnie, kury. Zbyt dużo rozrywek nie miał, bo brakowało zabawek. Z tych drugich pamięta, że miał dużą czarną gumowa piłkę, którą odbijał o filar znajdujący się na posesji domu. Miał też inną chłopięcą zabawkę, jakim był mały drewniany karabin z lotką zakończoną gumową przyssawką.

Swoje dzieciństwo, pomimo trwającego konfliktu światowego, wspomina dobrze i jak stwierdził “moglibyśmy żyć długo i szczęśliwie, gdyby nie najciemniejszy dzień w życiu naszej rodziny”. Ten nastąpił 29.01.1945 r. Miał wówczas 14 lat…

Ciąg dalszy nastąpi…

Za pomoc w napisaniu tekstu oraz podzielenie się niesamowitymi wspomnieniami serdecznie dziękuję Kornelii Löw.

 

 

Tekst:
dr Grzegorz Biszczanik – historyk, filokartysta, znawca dziejów Zielonej Góry

Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl+Enter.

SKOMENTUJ ARTYKUŁ

Tagi
Zobacz więcej
Back to top button
Close
X

Spelling error report

The following text will be sent to our editors: