Home / Kultura / Muzyka / Wgniata sześć stóp pod ziemię
Black Sabbath "13" (fot. )

Wgniata sześć stóp pod ziemię

Pisząc o solowej płycie Ozzy’ego z 2007, „Black Rain”, zaryzykowałem tezę, że jakość muzyki w takich przypadkach schodzi na dalszy na plan, ustępując czystej radości z kolejnej porcji dźwięków od Księcia Ciemności we własnej osobie. Z tego samego powodu „13” już na starcie dostaje trzy gwiazdki, jedynym zadaniem muzyków pozostaje tej noty nie zepsuć. Niestety, w przypadku tej płyty niemal się o to otarli.
 
Gdy z projektu wypisał się Bill Ward, łzy szybko osuszyły zapewnienia reszty muzyków, że album powstaje. Że mimo trudności i efektownemu plunięciu życiu w twarz w wykonaniu pana Iommiego, jakim było pokonanie choroby nowotworowej, Sabbath zatrzęsą ścianami i sufitami sąsiadów jeszcze raz. Zespół zwerbował Brada Wilka znanego z Rage Against The Machine i Audioslave do niszczenia naciągów i w zaskakująco szybkim tempie (cześć, Axl) zarejestrował materiał na „13” – pierwszy krążek z Ozzym w składzie od „Never Say Die” z 1978 roku. 
 
Historia zejścia się grupy i pokonania przeciwności jest niestety ciekawsza niż zawartość krążka. Mimo, że zarówno otwierające całość „End Of The Beginning”, jak i następujące po nim „God Is Dead?” mają parę naprawdę świetnych momentów, trwają razem 17 minut, ale pomysłów niestety tylko na 10 Szczególnie singlowe „God Is Dead?” dłuży się niemiłosiernie, stanowiące jedynie przegląd sztuczek Iommiego z przeszłości. Jak robić to z pomysłem i ku wielkiej uciesze słuchacza, pokazuje kolejne „Loner” . Rewelacyjny riff, świetne tempo, brzmienie wgniatające nie w ziemię, a sześć stóp pod nią, bas, który poczujecie w żołądkach i w końcu zapamiętywana linia wokalna od Ozzy’ego. Jest zwalniający nieco most, jest ekscytujące solo, a całość zajęła panom pięć minut .
 
 
„Zeitgeist” niesie się echem „Planet Caravan”, ale głównie w efekcie nałożonym na głos Osbourne’a, stanowi tylko niezły i aż niezły, niezbyt dłużący się przerywnik. Daleko mu do największych ballad Black Sabbath, jak ta już wspomniana, czy folkowa, przepiękna „Solitude”, o której może przypomnieć podchód basu z „Zeitgeist” właśnie.  
 
Na szczęście grupa szybko wraca do łojenia. Wszystko za sprawą rozpoczętej świetną partią bębnów, ciężką jak odważnik szesnastotonowy, „Age Of Reason”. To chyba najlepszy moment płyty: Ozzy wykrzykuje kolejne wersy jak natchniony, pojawiający się chór kościelny dodaje aury niesamowitości, a fraza gitary, która następuje w około połowie utworu przyprawia o gęsią skórkę. W końcu i chyba raz tylko udało się na tej płycie wypełnić dłuższą (bo siedmiominutową) formę jakością od pierwszej do ostatniej sekundy. Nie dość, że to utwór na wskroś sabbathowy, to przejawia też nowoczesny sznyt. Kawałek, który powinien odtąd mieć murowane miejsce na każdym koncercie i każdej składance typu „The Best Of” składu. 
 
 
„Live Forever” stanowi głównie popis Brada Wilka we wcielaniu się w Billa Warda (nawet inicjały mają te same!), a dzięki niezłemu riffowi i względnie krótkiej formie prawie nie dostrzegamy, że daleko mu do utworu poprzedniego. Zamykające album „Damaged Soul” i  „Dear Father” robią z nami dokładne to, co dwa pierwsze utwory: bujać – bujają, ale nim dobiegną końca (a razem trwają kwadrans), nie pamiętamy, co było na początku.
 
Niemal godzina z Black Sabbath mija dość szybko, ale ciężko się wraca do tego krążka. Nie ma siły przyciągania najlepszych dokonań grupy, a choć niemal każdy kawałek ma elementy świetne (czy w przypadku „Age Of Reason” – rewelacyjne), razem potrafią nieco znużyć. Jest zarazem samym płyta kopiąca tył chyba wszystkim innym reaktywacjom świata, ale oceniając krążek realiami sabbathowymi – tylko przyzwoita. Słowo należy się o producencie, bo Rick Rubin wskrzesił ukochany ciężar, jednocześnie z klasą osadzając zespół w XXI wieku. Ozzy Osbourne, Tony Iommi i Gerard Butler z pomocą Brada Wilka dokonali – tak czy owak – sztuki niebywałej. Przywołali z martwych sabbathów, których mogliśmy już nie usłyszeć. Nagrali wcale niezłą płytę, której fragmenty potrafią wywołać prawdziwą euforię. Płytę, która – mimo dłużyzn – zasługuje na to, by być płytą Black Sabbath.

Autor: Michał Stachura

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close