Home / Kultura / Muzyka / Seven Festival 2011 – dzień trzeci
(fot. )

Seven Festival 2011 – dzień trzeci

Rola „rozgrzewacza” przypadła tego dnia legendzie rodzimej alternatywy – zespołowi Apteka. Początek koncertu był trudny, ponieważ pod sceną znajdowała się zaledwie garstka ludzi. Na szczęście już po 3 utworach ludzie wręcz rzucili się w celu zażycia leków jakie przygotowała ekipa Kodyma (wokal, gitara). Set wypełniły największe przeboje grupy. Usłyszeliśmy „Mendę”, „Ujarane całe miasto”, czy też „Korowód” z repertuaru Marka Grechuty. Koncert trzeba zaliczyć do bardzo udanych pomimo niesprzyjającej pory. Niespodziewanie dla samych muzyków, tłum domagał się bisu, co nie jest regułą w tegorocznej edycji festiwalu. Dzięki temu Węgorzewo znów mogło skandować „Menda!”.

Kilka chwil później na scenie pojawił się zespół Touchstone z Wielkiej Brytanii. Serca męskiej części publiczności zabiły nieco mocniej na widok rudowłosej wokalistki Kim, która przez cały występ adorowała swoich wielbicieli. Muzyka z pogranicza art i prog rocka nie porwała jednak do końca zebranego tłumu. Pomimo dużego kunsztu członków zespołu, zabrakło jednak tzw. chemii. Ciężko zarzucić coś konkretnego czy wskazać winnego takiej sytuacji. Najwyraźniej powodem było niedopasowanie zespołu do reszty line-up’u.

Sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy na scenę wszedł zespół Buldog. Kapela pod dowództwem Piotra Wieteski z miejsca poderwała ludzi do wspólnej zabawy. Największym atutem formacji był wokalista – Tomek Kłaptocz. Pokłady charyzmy, jakie w nim drzemią są wręcz zdumiewające. Przez cały występ uśmiechnięty i roztańczony, a przede wszystkim w bardzo wysokiej dyspozycji wokalnej. Reszta składu było nieco bardziej statyczna, przez co całą uwagę absorbował właśnie Tomek. Panowie zagrali niemal całą płytę „Chrystus Miasta” plus jeden premierowy numer z krążka, który ponoć ma się ukazać już tej jesieni. Na bis zaserwowali „Do prostego człowieka” zespołu Akurat, po którym już nikt nie śmiał prosić o więcej. Tym bardziej, że już za chwilę na scenie miały pojawić się największe gwiazdy festiwalu.

Mrok na zadymionej scenie, hipnotyzujące światła oraz niepokojące dźwięki intra zwiastowały tylko jedno. Oto nadchodzi Samael. Pierwsza rzecz, która rzuciła się w oczy to tłum witający zespół. Zdecydowanie najliczniejsza publika od początku festiwalu. Widać, metal jest wciąż niezwykle popularny w Polsce. Szwajcarzy zaserwowali nam bardzo przekrojowy set. Usłyszeliśmy numery z blackmetalowego „Worship him”, bardziej industrialne z „Passage”, aż do ostatniego w ich dorobku „Lux Mundi”. Samaelowi udało się stworzyć bardzo klimatyczny show. Vorph (wokal, gitara) jak zwykle bardzo charyzmatyczny, bardzo chętnie prezentował znajomość języka polskiego, co za każdym razem owocowało gromkimi brawami. Chłopaki z zespołu byli absolutnymi profesjonalistami i każdy element koncertu dopracowany był do perfekcji. Wszystko się tu zgadzało: stroje (zwłaszcza suknio-płaszcz Vorpha), klimatyczne światła i oczywiście setlista. Na osobne gratulacje zasłużyli sobie akustycy, robiąc kawał naprawdę dobrej roboty podczas występu Szwajcarów.

Tuż po Samaelu na scenie zamontował się Moonspell. Oczekiwania były gigantyczne, ponieważ zespół ma rzeszę fanów w naszym kraju. Specjalnie na ten koncert przyjechała delegacja z oficjalnego fan- klubu Portugalczyków. W trakcie konferencji prasowej wręczyli im stos prezentów, a w podzięce zostali zaproszeni na spotkanie po ich wystąpieniu. Na scenie pojawiła się też sprezentowana flaga Polski, która przyozdobiła perkusję Miguela Kaspara. Set przygotowany na ten wieczór był wycieczką po całym dorobku Moonspella. Umiejętnie żonglowali nastrojami: raz było gotycko i nastrojowo, by potem zrobiło się ciężko i blackowo. Kontakt z publicznością, który złapał Fernando Ribeiro (wokal) był godny podziwu. Nie zabrakło chóralnych śpiewów i szaleństw pod sceną. Fani portugalskiej formacji byli w 100% zadowoleni. Jeśli zaś chodzi o pozostałych – tu zdania były już podzielone. Jak zawsze, kwestia gustu.

Trzeci dzień był dość nierówny, ale wciąż bardzo udany. Dopisała zarówno pogoda jak i publiczność. Z tłumu można było usłyszeć narzekania na pole namiotowe, które usytuowane było w irracjonalnej wręcz odległości od głównej sceny. Faktycznie jest to kwestia, którą w przyszłym roku organizatorzy muszą koniecznie rozwiązać mając na uwadze komfort festiwalowiczów.

Autor: Paweł Hekman

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close