niedziela , 11 Grudzień 2016
Home / Kultura / Film / Ghostbusters
Obecność (fot. )

Ghostbusters

Akcja toczy się w latach 70. Nowy dom, rodzinka z pięciorgiem córek, w domu straszy, na szczęście są państwo Warrenowie. On, demonolog i ona, jasnowidz, razem rozwiązują zagadki, w które zamieszane mogą być moce nieczyste. Jak sami o sobie mówią, różnie się ich określa: "łapacze duchów", "świry", "szaleńcy" (tylko ja miałem ochotę zakrzyknąć "Ghostbusters!"?). Po raz kolejny domostwo jest mroczne, otoczone lasem z obowiązkowym stawem i wielkim drzewem przed samym domem. 
 
Nie ma prostych słów, by wyrazić uczucia widza, oglądającego to samo nawet nie po raz setny, a tysięczny. Szkoda strzępić języka na wymienianie tytułów, w których to już było, całość skwitujmy więc głębokim westchnięciem. Warto, bo pozostałe elementy "Obecności" – mimo, że w dalszym ciągu stanowią głównie powtórkę z rozrywki – są warte uwagi.
 

Zaczyna się dość mozolnie. Po intrygującym wprowadzeniu Eda i Lorraine Warren poznajemy rodzinę Perronów, którzy właśnie wprowadzają się do wiekowego domu. Pierwsza połowa filmu nie forsuje tempa – Wan koncentruje się raczej na budowaniu klimatu i nienachalnemu cytowaniu horrorów starych i nowych. Mamy trochę "Egzorcysty", trochę "Zemsty po latach", a nawet "Ptaków" Hitchocka. Na granicy drwiny jest nawiązanie do "Paranormal Activity" – słynne szarpnięcie za nogę to w "Obecności" najłagodniejszy przejaw działalności demona. 

"The Conjuring" ma zatem sporo wspólnego z poprzednim filmem reżysera – "Naznaczonym". James Wan zrezygnował z obecnego w filmie sprzed trzech lat posmaku groteski i w "Obecności" dużo więcej jest mroku. Mimo fabuły tak przewidywalnej, że niemal przezroczystej, widz bawi się naprawdę nieźle, a co delikatniejsi będą najciekawsze sceny oglądać przez palce. Im bliżej finału, tym dzieje się więcej, mocniej i lepiej, ale na szczęście brak tu wszechobecnej makabry. "Obecność" jest niemal bezkrwawa i z rzadka ucieka się do tak zwanych jump scare'ów. Widz, zamiast dostawać po długich momentach ciszy armatnimi wystrzałami dźwięku po bębenkach usznych, BOI SIĘ. A to, mimo niesłabnącego zainteresowania twórców gatunkiem kina grozy, wcale nie jest w nim regułą.
 
 
Po obejrzeniu "Obecności" bardziej, niż Wana oklaskiwać, chcemy mu postawić piwo. Po seansie jasne jest, że malezyjski reżyser to chodząca encyklopedia horrorów i można by z nim rozmawiać o nich godzinami. Podobnie, jak w "Naznaczonym", nie dzieje się nic, czego byśmy już nie widzieli, ale pośród cytujących klasykę James Wan  wyróżnia się smakiem i umiejętnością wytworzenia świetnego klimatu. "The Conjuring" to przede wszystkim zabawa kinem, acz dająca dużo satysfakcji.  

 

Autor: Michał Stachura

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close