poniedziałek , 20 Luty 2017
Home / Kultura / Film / Big in Japan
Wolverine (fot. )

Big in Japan

Twórcy podjęli najlepszą decyzję z możliwych i całą „Genezę” uznali za niebyłą, stąd trop podejmujemy świeżo po wydarzeniach przedstawionych w „Bastionie”. Logan, ścigany demonami przeszłości, błąka się po kanadyjskich lasach. Spuściwszy łomot kłusownikom w barze, napotyka Yukio, pracownicę umierającego Yashidy, któremu Rosomak ocalił życie w Nagasaki. Przed śmiercią Japończyk chce podziękować i pożegnać się, Logan pakuje się więc w znienawidzony przez siebie samolot, ścina brodę mojżeszowych rozmiarów i przybywa do Kraju Kwitnącej Wiśni. Yashida oferuje mu w nagrodę za ocalenie życia śmiertelność, brak której był w tej samej mierze błogosławieństwem, co przekleństwem Wolverine’a. Pozbawiony swej mocy regeneracji, będzie musiał stawić czoła wyzwaniu dotąd nieznanemu – po prostu na siebie uważać.
 
Mogę uspokoić fanów – jest to film dużo lepszy, niż „Geneza”, wyprzedza też „Ostatni bastion” . „Wolverine” nie ma może startu do „Pierwszej klasy, czy „X-Men 2”, ale już z pierwszą filmową odsłoną tej serii Marvela w moim prywatnym rankingu może stanąć w szranki. Jest bowiem niemal dokładnie taka, jaka powinna być – dużo szponów, Hugh Jackmana i scen walk. W końcu scenopisarze oddali sprawiedliwość najbardziej pyskatemu z X-Men (-Mówiłeś, że jeśli ci odpowie, nie wyrzucisz go z balkonu. – Taa, nie spodobała mi się jego odpowiedź). Jest też filmem odpowiednio brutalnym – cały czas nie jest to sieczka, jakiej można by się spodziewać po facecie wyposażonym w ostre jak brzytwa pazury, ale bardzo grzecznie również nie jest. Mamy wreszcie piękne zdjęcia – co z tego, że dość stereotypowo pokazanej – Japonii i to, na co czekaliśmy – walka, walka, walka. Szpony kontra samurajskie miecze, szpony na dachu kolei Shinkansen, szpony kontra robot. Brak tu wirtuozerii, a groźba dostania złowieszczej kategorii R nieraz wytrąca operatorom kamerę z ręki, ale „Wolverine” jest również w tym aspekcie obrazem bardzo solidnym.
 
 
Reżyser James Mangold („Przerwana lekcja muzyki”, „Spacer po linie”, „3:10 do Yumy”) uparł się jednak, by poza scenami akcji, opowiedzieć jeszcze jakąś historię. Nie jeden i nie dwóch poległo przed takim zadaniem, stąd też najczęściej twórcy komiksowych adaptacji decydują się na prosta jak konstrukcja cepa fabułę i efektowną rozwałkę. Przepis ten stał się udziałem nawet rewelacyjnych „Avengers”, obok „Powrotu Batmana” chyba najlepsza taka ekranizacja w ogóle. „Wolverine” dynamicznie się zaczyna i efektownie kończy, ale też wyraźnie zwalnia przy wiązaniu fabularnych nici. W rezultacie dostajemy film, który jest najlepszy, kiedy jest prosty (choć nie prostacki),  lecz gdy startuje do wyższych lotów – jego własne ograniczenia ciągną go w dół.
 
Aktorsko jest dokładnie tak, jak w większości adaptacji komiksów. Ten film to teatr jednego aktora i postaci wokół niego orbitujących. Jackman, ze swoją twarzą zakapiora, imponującą muskulaturą i niskim głosem do roli Logana nadaje się idealnie i wywiązuje się z niej znakomicie. Jest ni mniej, ni więcej, a ekranowym herosem, balansującym czasem na krawędzi kiczu i wychodzącym z większości takich batalii zwycięsko. 
 
 
Największym wrogiem „Wolverine’a” jest chyba jego pierwowzór. Postać Logana znana z kart komiksów cały czas nie doczekała się godnej reprezentacji w kinie i nawet filmowi tak dobremu, jak ten, nie udało się tego zmienić. Winić można chyba tylko autorów oryginału – Rosomak to złożona i trudna do sportretowania postać, ale najnowszy film ze stajni Marvela oddaje mu choć część sprawiedliwości.
 
„Wolverine” to naprawdę nieźle skrojone, chwilami dość mroczne kino akcji. Jeśli kręcą Was adaptacje komiksów – będziecie się naprawdę dobrze bawić. Dużo akcji, parę udanych żartów i szpony z adamantium to cały czas dobry przepis na kino superbohaterskie. Dwie godziny w kinie mijają naprawdę szybko i to nie tylko dzięki klimatyzowanym salom. Mimo, że film łapie parę minusowych punktów – również za totalną nijakość Viper – ogląda się go świetnie i tym samym jest wzorcowym wakacyjnym blockbusterem. Obraz, po którym uśmiechniecie się szeroko i jeszcze raz – dla pewności – obejrzycie swoje kostki, w których być może czają się śmiercionośne szpony.
 
PS. Mowa o produkcji Marvela, stąd po napisach końcowych czeka na Was dodatkowa scena, przygotowująca nas już na „Days of Future Past”!

Autor: Michał Stachura

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close