poniedziałek , 5 Grudzień 2016
Home / Kultura / Film / Ar-go f*ck yourself
fot.
Operacja Argo (fot. )

Ar-go f*ck yourself

„Operacja Argo” cofa nas w czasie o lat trzydzieści. W samym środku niepokojów w Iranie uwięziona zostaje szóstka pracowników ambasady USA. Póki co znaleźli schronienie u Kanadyjskich sprzymierzeńców, na jak długo – nie wiadomo. CIA przygotowując się do ich odbicia zasięga rady między innymi wśród specjalisty w takich sytuacjach, Tony’ego Mendesa (w tej roli Affleck). Ten z kolei wpada na całkiem rozgarnięty i logiczny pomysł… sfingowania produkcji filmu science fiction, który miałby być kręcony właśnie w Iranie. Wtenczas wystarczy wywieźć szóstkę Amerykanów jako ekipę filmową. Bułka z masłem. 

Powiedzmy sobie to wprost – "Argo" opiera się na pomyśle tak absolutnie głupim, że gdyby ten wyszedł spod ręki jakiegokolwiek pismaka z Hollywood, łzy lałyby się w histerycznym rechotaniu. Śmiech zamiera nam na ustach, gdy okazuje się, że tę historię napisało życie. Prawdziwość całej karkołomnej akcji sprawia, że filmu Afflecka nie oglądamy z drwiącym uśmieszkiem, a rozdziawioną ze zdziwienia szczęką. 
 
Obraz stylizowany jest na czasy, w które nas przenosi – jest nieśpieszny, nawet w końcówce, która sprawia wrażenie błyskawicznej, tempo pozostaje nieco opieszałe, dając wybrzmieć każdej nucie tego spektaklu. Podobnie niepostrzeżenie czaruje wielka obsada – Bryan Cranston zalicza któryś z kolei już rewelacyjny drugi plan. John Goodman po raz kolejny jest po prostu sobą i po raz kolejny w byciu sobą wypada rewelacyjnie. Do tego mamy naprawdę dobre mikrorole irańskich więźniów, całość wieńczy zaś świetny, energiczny Alan Arkin w roli producenta z Fabryki Snów, który wypowiada jedną z najlepszych tegorocznych kwestii filmowych: „Ar-go fuck yourself”. Rola samego Afflecka na tym tle wypada trochę blado, ale jej potencjał leży w ekranowym i emocjonalnym wycofaniu, które Ben dobrze wyczuł.
 
 
Mimo pomysłu balansującego na granicy absurdu i skromnego w wydarzenia scenariusza, „Operacja Argo” trzyma w napięciu przez równe dwie godziny i za to należą się Affleckowi gromkie brawa. Stworzył stylowe, dość staromodne dzieło, podszyte polityczno-szpiegowskimi romansami, które w zestawieniu z klasową obsadą daje widzowi mnóstwo radości. Ponoć w branży mówi się o szansach na Oscary. Osobiście nie mam nic przeciwko. 

Autor: Michał Stachura

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close