Home / Kultura / Pozostałe / W gorącej wodzie siedem razy jeden
(fot. )

W gorącej wodzie siedem razy jeden

Przybycie na „kabarety” pół godziny przed rozpoczęciem nic nie dało. Wylądowałem jak kot, pod schodami. Jednak nie narzekałem, lubię tamto miejsce, jest stamtąd dobry widok i można przyjemnie notować. A kąt musiałem mieć szeroki, bo na scenie i obok niej znalazła się masa osób. Siódemka gospodarzy z „Siedem razy jeden” i goście z Gdańska. Z trójmiejskiej grupy „W gorącej wodzie kompani” której pełny skład z ledwością mieści się do trzech taksówek przyjechała szóstka uczestników: Ewa (o niej będzie jeszcze mowa, że hoho), Różala, Kukl, Zuk, Śliw i J.W. Trynzol Groza. Złowieszcze nazwy oraz layout ich strony internetowej sprawiają, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy dzień wcześniej nie śmiał się z figli grupki satanistów. Chyba nie. Chyba.

Nie znałem ich wcześniej. Tyle mogę napisać, bo oglądanie improwizacji na You Tube to jak hodowanie dyni na Facebooku. Owoc jest, ale nie ma smaku. Występy „W gorącej wodze kompani” w internecie nie powalają. Na żywo zaskakują in plus.  J.W. Trynzol (w cywilu to tak naprawdę Wojciech z kabaretu Limo) powtarzał, że „w Gdańsku to my inaczej gramy”, ale widać było zrozumienie obu grup i poczucie misji. Większość konkurencji odbywała się według pomysłów gości. Ciekawa była „Rola oskarowa”, gdzie na komendę „Oskar” artysta musiał wcielić się w Holoubka czy innego aktora scen dramatycznych w swojej życiowej roli pełnej spazmów, wykręconych kłykci, drżącej grdyki, a najlepiej wszystkiego naraz. No i trudno, że akurat odgrywa scenę w filmie „Głęboko w gardle” (domysły z ojcem chrzestnym filmów porno wskazane, moi mili) – grać trzeba. Tutaj zaimponował mi Śliw, który wczoraj najlepiej czuł bluesa. Facet jest nad wyraz gibki i niepokojąco absurdalny.

Co jeszcze zapamiętam z wczorajszego wizyty gości z Gdańska? Cycki Ewy. W konkurencji „Karteczki” Ewa z „Kompanów…” była uwięziona w brzuchu wieloryba razem z Mateuszem Czechowskim. Prosta sprawa. Usiadła na nim, zdjęła bluzkę, dostała owację. Ja strzępię klawiaturę od kilku recenzji i pytam sam siebie, czego mi zabrakło w zielonogórskiej improwizacji, a przyjeżdża dziewczyna z Gdańska i jednym ruchem wprowadza temat. Brawo. Po prostu ukradła show.

Ciekawy, eksperymentalny wieczór doczekał się godnej puenty. W skrócie – długa kilkuminutowa scena ze wszystkimi uczestnikami, w której na komendę wszystko należy odegrać do tyłu. Jednak tak, aby wszystko miało ręce i nogi. Było… absurdalnie nawet jak na mury kabaretowej sceny Kawonu. Ludzie na widowni pogubili się już, czy śmieszniejszy był Bartek Klauziński jako plecak, tudzież torba na ramię przewieszona przez J.W. Trynzola Grozę czy Katarzyna Piasecka wszczynająca awantury i bijąca wielkiego chłopa po głowie. Totalny chaos i improwizacyjne pole minowe zakończyło połączony występ obu grup, który z założenia miał chyba być taki…. szalony.

 

Autor: Kamil Kwaśniak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close