Home / Kultura / Film / Wedrzeć się do głowy
(fot. )

Wedrzeć się do głowy

Szczerze mówiąc, powinienem wyjść z kina ostro wkurzony i rozczarowany. Film jest zupełnie inny niż to, czego się spodziewałem. Nie można nawet powiedzieć od razu po seansie, czy się podobał czy nie. Wiadomo tylko jedno – zrobił wrażenie. Dopiero potem dochodzi do nas, że Terry’emu Gilliamowi ewidentnie się udało. Była magia.

Nie można powiedzieć, że „Parnassus” nie ma wad, wszystko ma wady. Jednak widz nie chce na nie zwracać uwagi, zresztą one same nie są na tyle rażące, by psuć radość oglądania. Często zdarza się, że mimo zgrzytów i niedociągnięć pojawia się boska iskra geniuszu twórcy i ratuje cały obraz. Ba, sprawia, iż odbiera go się wspaniale. I tu mamy właśnie taką sytuację.

Tego filmu miało nie być. Po śmierci Heatha Ledgera prace wstrzymano, jednak reżyser stwierdził, że jego trud nie może iść na marne i wywracając praktycznie scenariusz na lewą stronę, dokończył dzieło. Przemiany Tony’ego, bohatera granego przez Ledgera, stanowią zresztą bardzo ważną część filmu i dodają mu magii.

Doktor Parnassus (rewelacyjny Christopher Plummer) razem ze swą trupą oferują mieszkańcom Londynu nadzwyczajną rozrywkę – zwiedzanie własnej wyobraźni w umyśle bohatera tytułowego. Pewnego dnia znajdują niedoszłego wisielca Tony’ego (Ledger / Depp / Law / Farrell), który pomaga im tchnąć nieco życia w podupadający biznes. To, co łączy go z doktorem to fakt posiadania mrocznych tajemnic, w które – w przypadku Parnassusa – wchodzi pakt z samym diabłem – hazardzistą, Panem Nickiem (chyba najlepsza kreacja aktorska Toma Waitsa). Umowy z siłami nieczystymi nie są nigdy zwiastunami niczego dobrego, ale Parny’ego, jak pieszczotliwie określa Parnassusa Nick, ratuje fakt, że zawarł go wiele wieków temu, kiedy pewnie o tym nie wiedziano.

Historia, którą opowiada Gilliam, jest wspaniała, precyzyjnie przedstawiona i opowiedziana. Nieraz może nam umknąć, jak fakty są połączone, lecz nie dajcie się zwieść, wszystko jest na swoim miejscu. Inną bardzo ważną częścią dzieła jest jego plastyczność. To, jak „Parnassus” wygląda, zapiera dech w piersiach, jego bajkowy klimat przywodzi na myśl skojarzenia z „Alicja w Krainie Czarów” i tak jak w świecie stworzonym przez Carolla, nie można go próbować logicznie tłumaczyć czy analizować – najlepiej sprawdza się chłonięcie go, przyjmowanie dokładnie takim, jaki jest.

Aktorsko najnowsze dzieło Gilliama wypada wspaniale, każda z postaci wspięła się na wyżyny umiejętności, od trupy imaginarium Parnassusa do ostatniego statysty. Reżyserowi udało się wyczarować bajkowy świat, który wdziera się do naszej głowy i przez długi czas nie chce jej opuścić. Film jest godny najwyższych not i wszelkiej wagi, o czym świadczy już fakt, iż największym jego minusem jest polskie tłumaczenie tytułu. Nie dość, że nieadekwatne, to po prostu brzydkie. Umówmy się więc, że to po prostu „Parnassus”, OK.?

Autor: Michał Stachura

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close