czwartek , 8 Grudzień 2016
Home / Kultura / Film / Co w kinie piszczy? Oglądamy “Sicario”, “Do utraty sił” i “Everest”
fot. mat. prasowy
"Siciario", "Do utraty sił", "Everest" (fot. mat. prasowy)

Co w kinie piszczy? Oglądamy “Sicario”, “Do utraty sił” i “Everest”

SICARIO

Są na świecie reżyserzy, którzy lubią pastwić się nad widzem. W Polsce idealnym przykładem jest Wojciech Smarzowski. A na świecie? Na pewno Lynch, jeszcze parę lat temu Cronenberg, a od jakiegoś czasu Denis Villeneuve. Jego amerykański debiut w postaci „Labiryntu” przytłaczał duszną atmosferą. Dramat ekranowy był niemal namacalny. O ile jednak w 2013 r. reżyser dawał jeszcze widzowi odrobinę wytchnienia, o tyle w swoim najnowszym dziele pętlę na szyi zaciska już tylko mocniej.

„Sicario” na papierze jest mocno wyświechtanym pomysłem. Brutalna walka z kartelami narkotykowymi. Stany Zjednoczone versus Meksyk. Młoda, ambitna agentka FBI po dość spektakularnej akcji dołącza do specjalnej jednostki. Cele misji są, mówiąc delikatnie, niejasne, a sposoby działania, mówiąc jeszcze delikatniej, kontrowersyjne.

Film już w pierwszych sekundach zarzuca widzowi na szyję linę, którą sukcesywnie zaciska do końca seansu. Kiedy główna bohaterka zaczyna poznawać organoleptycznie, co znaczy określenie „po trupach do celu”, nam zaczyna brakować tlenu. Poczucie zaszczucia i beznadziejności wyzierają z ekranu niezwykle mocno. Duża w tym zasługa pozornie powolnej narracji, wydłużonych ujęć i momentami dokumentalistycznego zacięcia.

To nie jest kino akcji dla każdego. Mam nawet problem z nazywaniem tego „akcyjniakiem”. Pierwsze skrzypce gra tu moralność lub jej brak. Gra pozorów pomiędzy celem a środkiem. Gra fenomenalnie wyreżyserowana, doskonale zagrana i fizycznie męcząca dla widza. W dobrym tego słowa znaczeniu.

SOUTHPAW – DO UTRATY SIŁ

Mocno wierzyłem w sukces „Southpaw”. Jake Gyllenhaal to kozak, który daje radę najbardziej wymagającym, jak i skrajnie różnym rolom. Wierzyłem w ten film wbrew znakom, że może się po prostu nie udać, jak obecność 50 Centa.

„Do utraty sił” (tak, właśnie w ten sposób przetłumaczono „Southpaw”) to historia Billy'ego Hope'a, boksera, którego poznajemy u szczytu kariery. Billy zamiata ring kolejnymi rywalami, a styl jego walki („przyjmowanie ciosów na twarz nie liczy się jako obrona, Billy”) budzi wielki niepokój jego żony, Maureen. W dziwnych okolicznościach Billy znajduje się nagle bez grosza przy duszy. Musi walczyć o pieniądze, swój dobrobyt i córkę, Leilę.

Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości co do kierunku, w którym to zmierza? Czy już teraz czujecie, jak mdłe są niektóre sceny? Reżyser filmu, Antoine Fuqua, powinien dostać dożywotni zakaz korzystania z efektu slow-motion. „Southpaw” byłby obrazem znacznie krótszym – a co za tym idzie, również bardziej znośnym – gdyby usunięto z niego wszystkie sztucznie spowolnione sceny.

Zawiodą się też fani kina sportowego. Film nie imponuje realizacją walk. Ta jest porządna, chwilami nawet naprawdę dobra, ale nic ponadto. Tak naprawdę jedynym naprawdę świetnym elementem obrazu jest Gyllenhaal. Gość nie dość, że spędził ostatnie miesiące na siłowni, nie dość że jego ruchy wypadają diabelnie autentycznie, to jeszcze samymi sposobem mówienia i słownictwem wciela się w postać chłopaka z bidula, któremu się udało.

Jak jednak mawiają górale, sam Jake wiosny nie czyni i tak jest też w tym przypadku. „Southpaw” jest za mdłe, zbyt miękkie i za mało w nim charakteru, by być solidnym filmem bokserskim. Fanom walk na ekranie i otartej w ukryciu męskiej łzy wypada polecić „Wojownika” z Tomem Hardym, fanom rodzinnego wymiaru podobnego kina – „Gigantów ze stali”. Obraz Fuqua do historii przejdzie jako teatr jednego aktora i nic więcej. Naprawdę szkoda.

EVEREST

„Ludzkie ciała nie są zbudowane tak, by funkcjonować na wysokości lotu Boeinga 747. Wasze ciała będą literalnie umierać” – to nie ostrzeżenie przed wspinaczką. To mowa uświadamiająca śmiałków, którzy próbują zmierzyć się z najwyższym szczytem świata – Mount Everest. To również próba uświadomienia, że próba zdobycia Dachu Świata jest igraniem ze śmiercią. Podświadomość niemal automatycznie podsuwa pytanie: po co?

Odpowiedzi można szukać w filmie „Everest” – choć niekoniecznie ją tam znajdziecie. Każdy z członków ekipy, która wzięła udział w tragicznej w skutkach próbie zdobycia szczytu w 1996 r., ma inną motywację. Jedni chcą inspirować, drugich po prostu na to stać, a jeszcze inni są głodni adrenaliny. Nikt z nich nie jest jednak superbohaterem. I to najbardziej stara się pokazać Baltasar Kormákur, reżyser widowiska. Nie znajdziecie tu przesadnego patosu. Nikt nie „cacka się” z kolejnymi ofiarami. Robisz jeden zły ruch? Już po tobie. Twój kolega, który szedł z przodu, nawet tego nie zauważył – nie ma czasu, bo sam walczy o życie. W filmie, tak jak w życiu, kamera nie zrobi efektownego slow-motion tylko dlatego, że zginąłeś. Dla góry jesteśmy zwyczajnym planktonem.

Nie oznacza to, że produkcji brakuje rozmachu. „Everest” ma zapierać i zapiera dech w piersi. Każdy kolejny kadr jest prawdziwą perłą. Aktorsko nie ma się do czego przyczepić, choć zdecydowanie oscarową rolę odgrywa tu sama góra – monolityczna, bezwzględna, a jednocześnie ponadczasowo piękna. Do tego zdecydowanie najlepiej wygląda w kinie. W przypadku „Everest” rozmiar ekranu ma znaczenie.

Autor: Paweł Hekman, Michał Stachura

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close