Home / Kultura / Literatura / Ciężka prawda [opowiadanie]
fot.
Pióro i papier... (fot. )

Ciężka prawda [opowiadanie]

Zgasił papierosa butem i wrócił na dworzec. Zauważył jakieś poruszenie wśród oczekujących pasażerów. Okazało się, że na horyzoncie pojawił się w końcu spóźniony pojazd. Dwadzieścia minut. To chyba nie jest norma europejska, ale co tam, trzeba zachować pogodę ducha. W końcu jedzie się wyciszyć, odzyskać siły i wenę. Uśmiechnął się zaczepnie do starszej kobiety przepychającej się i torującej sobie drogę do drzwi autobusu. W zamian posłała mu wzgardliwe spojrzenie.

Po pięciu godzinach monotonnej jazdy wysiadł na wiejskim przystanku. Pogoda zrobiła się słoneczna. Wiał przyjemny, ciepły wiaterek. Z okolic co jakiś czas dochodził go drażniący zapach nawozu. Zarzucił plecak na plecy i poszedł w stronę końca ciągnącej się daleko wsi.

Po kilkuset metrach znalazł rozwidlenie, o którym mówił mu przez telefon gospodarz i skierował się drogą w głąb lasu. Maszerował dość długo i plecak zaczął mu ciążyć. Przystanął na chwilę, żeby odpocząć i napić się wody.

Zewsząd otaczał go gęsty sosnowy las. Droga, którą szedł była zarośnięta i mało używana. Słychać było śpiewające w koronach drzew ptaki. Było cicho i spokojnie. Okolica wymarzona na relaks i odpoczynek.

Upił kilka łyków wody z butelki i znów zaczął iść. Po pół godzinie jego oczom ukazała się drewniana chata, usytuowana wśród wysokich drzew, na niewielkim wzniesieniu,. Była porośnięta zielonym mchem i trochę zaniedbana. Nieopodal płynął wartki strumień, którego odgłos można było usłyszeć już z dalszej odległości.

Przed domem, na drewnianej i koślawej ławeczce siedział gospodarz. Był to starszy, siwy mężczyzna, o postawnej sylwetce. W dużych dłoniach tlił mu się papieros. Spoglądał z zaciekawieniem na spodziewanego przybysza.

– Witam Pana miastowego. – krzyknął gospodarz na przywitanie, machając przyjaźnie ręką.

Urlopowicz podszedł i podał mu rękę.

– Witam, jestem Przemek. Ładnie tu u pana.

– Stanisław, jest tak jak mówiłem. – odparł gospodarz uśmiechając się i ściskając mocno rękę.

– Usiądź, zapal i rozejrzyj się trochę.

Przemek zdjął plecak i rozsiadł się na ławce. Wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował mężczyznę. Palili w promieniach popołudniowego słońca, wsłuchując się w odgłosy otaczającej ich natury. Po chwili gospodarz zaprosił go do środka, żeby obejrzał swoją kwaterę na najbliższe dni. Pokój znajdował się po lewej stronie chałupy, był niewielki, ale za to z dużym oknem. Jak szybko zauważył Przemek, było to jedyne pomieszczenie, które zostało choć lekko odremontowane w ostatnich latach. Na szczęście pod oknem stał, stary dębowy stół i krzesło. Idealne miejsce do pisania. Stanisław wręczył mu klucz i wyszedł.

Przemek zrzucił plecak na drewnianą podłogę. Wyciągnął komputer i postawił na stole. Oby wena przyszła do mnie w tym pięknym miejscu. – pomyślał, kładąc się na łóżku. Było duże i wygodne. Zdecydowanie nie pochodziło z czasów pozostałych mebli w tym domu.

Obudził się w łóżku po kilku godzinach. Spojrzał przez okno. Na dworze powoli nachodził już zmierzch, a gospodarz kręcił się między swoimi zabudowaniami. Wstał i wyszedł z chaty w poszukiwaniu toalety. Po chwili wrócił do pokoju, odszukując w plecaku chleb i kiełbasę. Nie miał już czasu na wizytę w sklepie, który prawdopodobnie był już zamknięty, a do tego oddalony dość znacznie od chaty. Kilka kromek białego chleba i kiełbasa śląska skutecznie zwalczyło głód. Z plecaka wyłuskał też jedną jedyną butelczynę piwa, którą przezornie zabrał ze sobą. Rozsiadł się przy stole z butelką, papierosem i włączył laptopa. Kliknął najnowszy folder swoich dokumentów i spojrzał na ekran. Zupełna pustka na ekranie i w głowie. Ostatnio nie mógł wymyślić żadnego tematu dla swoich opowiadań. Próbował inspirować się starymi filmami z lat osiemdziesiątych, czytywał też dzienniki i tygodniki. W poszukiwaniu ciekawych historii aranżował zakrapiane alkoholem spotkania ze znajomymi, czasami też z nielicznymi znajomymi kobietami. Niestety nic nie pomagało. Nagłówki w gazetach, silni i słabi bohaterowie z filmów, pachnące zmysłowo koleżanki, wszystko to rozmazywało się na pustym ekranie. Ta niemoc trwała już kilka miesięcy.

Z zamyślenia wyrwał go odgłos pukania do pokoju. Wstał i otworzył drzwi. W progu stał gospodarz, trzymający w ręce butelkę przezroczystego napoju.

– Może napijesz się ze mną odrobinę, na dobry początek? – spytał, odsłaniając w uśmiechu swoje ubytki w uzębieniu.

Przemek spojrzał w stronę podejrzanego samogonu i wahał się chwilę.

– W sumie, czemu nie. Nie wypada odmówić. – odparł w końcu i wyszedł ze Stanisławem przed chatę.

Obok ławki ustawili stolik turystyczny, na którym spoczęła flaszka, kieliszki, dwie paczki papierosów i ogórki. Stanisław z wprawą otworzył butelczynę i rozlał pierwszą lufę na rozgrzewkę. Pili, palili i zagryzali ogórki dyskutując i oglądając piękny zachód słońca. Na początek sporo rozmawiali o polityce, ale z czasem ten temat ich znudził. Po wypiciu trzech czwartych butelki Przemek zaczął żalić się gospodarzowi. Opowiadał o swojej pracy i niemocy napisania czegoś nowego. O kończących się środkach i niespełnionych marzeniach. Gospodarz słuchał w milczeniu, potakując tylko od czasu do czasu.

W końcu wypili jeszcze po jednym, sporym kieliszku kończącym flaszkę. Zamilkli na chwilę, aż Przemek po chwili przerwał ciszę.

– A jak to jest z tobą Stachu? Sam tu mieszkasz? Masz rodzinę?

Gospodarz skrzywił twarz słysząc te pytania. Nie odpowiedział, tylko wstał i wszedł do chaty. Po chwili jednak  pojawił się z powrotem, z nową, pełną butelką, którą zamaszyście postawił na stoliku.

– To trudne pytania.- zaczął opowiadać, otwierając nową butelkę i rozlewając samogon do kieliszków. –  Żona moja umarła na raka już jakieś dziesięć lat temu. Miałem też piękną córkę, ale ją też kilka lat temu straciłem.

– Jak to się stało? Może mi opowiesz?– pytał dalej zasmucony, ale jednocześnie zaciekawiony Przemek.

 

Poznałem Agnieszkę na imprezie integracyjnej swojej firmy. Od dwóch lat byłem tam kierownikiem regionalnym. Co roku zarząd organizował wyjazdy, które były ostrą popijawą w gronie współpracowników. Tym razem, tak jak w większości przypadków wieczór spędzaliśmy na dyskotece.  Alkohol na koszt firmy lał się strumieniami, a my dobrze się bawiliśmy. Przy barze, w trakcie zamawiania kolejnej wódki spotkałem ładną, długowłosą blondynkę. To była właśnie ona.

Kilka miesięcy później byliśmy już w stałym związku. Dla Agnieszki przeprowadziłem się ponad sto kilometrów od swojego starego miejsca zamieszkania. Poznałem jej małą, kilkuletnią córkę. Całkowicie się zakochałem. Ona chyba we mnie też, przynajmniej tak to czułem. Zupełnie nie przeszkadzało mi, że była rozwódką, pomimo że osobiście nie miałem za sobą takich doświadczeń. W końcu zamieszkaliśmy razem, w wynajętym, ładnym mieszkaniu. Zarabiałem dobrze, więc mogliśmy sobie na to pozwolić. Otoczyłem Agnieszkę i jej córkę bezpieczeństwem, bo po tym wszystkim co przeszły, najbardziej tego potrzebowały. Powoli staliśmy się rodziną. Planowaliśmy nawet powoli ślub, ale nie spieszyliśmy się z tym. Na razie wystarczała nam miłość i radość z bycia sobą nawzajem. Po jakimś czasie Agnieszka wróciła też do pracy i układało nam się naprawdę dobrze. Mieliśmy kontakt z matką Agi, która zajmowała się wnuczką, gdy nas nie było w domu. Ze strony byłego męża, też nie mieliśmy problemów. Z tego co wiem, po rozwodzie wyjechał do pracy w Anglii i zupełnie stracił kontakt z byłą żoną i swoją córką. Było nam to naprawdę na rękę.

Widziałem, że Agnieszka jest szczęśliwa. Wciąż mi to powtarzała śmiejąc się przy kolacji ze świecami, czy bawiąc się razem z córką. Jedynym jej niespełnionym marzeniem był wyjazd do Grecji. Marzyła o tym od wielu lat. Obiecałem, że spełnię to marzenie.

Jednak po kilku latach dobrego, wspólnego życia nastąpił kryzys. W mojej pracy zmienili się ludzie w zarządzie i już się tak dobrze z nimi nie dogadywałem. Wciąż wytykali mi błędy i zaniedbania, choć tak jak zawsze wszystko miałem pod kontrola. Czułem, że zbliża się mój kres w tej firmie. Bałem się tego, bo żyliśmy na dość wysokiej stopie życia, a przez to nie mieliśmy z Agnieszką żadnych, większych oszczędności. Od początku znajomości starałem się zapewnić jej wszystko co najlepsze i przyzwyczaiłem do życia ponad stan. Mieliśmy spore opłaty za duże, trzypokojowe mieszkanie, kilka kredytów, linii kredytowych i kart. Nie wyobrażałem sobie, że mogę przestać zarabiać. Częściej wyobrażałem sobie, że raczej pójdę w tej  firmie do góry.

W końcu stało się. Pod koniec września dostałem wypowiedzenie. W biurze ze złości rozwaliłem matrycę służbowego laptopa. Wróciłem do domu, ale nic nie powiedziałem Agnieszce. Widziała, że jestem zmartwiony, ale zrzuciłem to na kark problemów służbowych z nowym produktem. Kolejnego dnia wstałem o tej samej porze co zawsze i wyszedłem z mieszkania. Wsiadłem do samochodu i zacząłem krążyć po mieście. Nie miałem pojęcia, co mam ze sobą zrobić. Nie mogłem jej powiedzieć o swojej porażce. Tak mocno kochałem ją i jej córkę. Jak mogłem ich zawieść? – kołatało się w moich myślach. Stanąłem przy stacji benzynowej, żeby trochę odetchnąć. Zaszedłem do środka i kupiłem pół litra wódki. Upiłem kilka łyków z butelki. Trochę mi ulżyło, ale niewiele. Znów zacząłem jeździć po mieście, popijając co jakiś czas. Musiałem gdzieś zgubić te godziny.

Spędzałem tak służbowe dni już od dwóch miesięcy. Popijałem w samochodzie, albo przesiadywałem w różnych, posępnych knajpach. Agnieszce wciąż tłumaczyłem się zakrapianymi spotkaniami z klientami i nawałem pracy. Pieniądze z odprawy powoli mi się kończyły. Większość poszła na rachunki bieżące, ale sporo też ostatnio przepijałem. Spotkałem jednak starego kumpla ze szkoły średniej, który teraz handlował samochodami. Bez problemów pożyczał mi co jakiś czas niezłą sumkę. Zawsze powtarzał, że oddam później.

Pogrążałem się w długach i kłamstwach coraz bardziej. Pieniędzy wciąż było mało. Kombinowałem, zapożyczałem się u kogo popadnie, tylko żeby nie dowiedziała się Agnieszka. Coraz bardziej mnie podejrzewała, myślała nawet że mam romans. Wyparłem się wszystkiego i uspokoiłem, że wszystko jest w porządku. To tylko chwilowy kryzys w firmie. Nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo finansowe ani żadne inne.

Po pół roku od zwolnienia z pracy byłem psychicznym wrakiem. Nie dawałem sobie rady z kłamstwami, nadal nie pracowałem i zdawałem sobie sprawę, że zabrnąłem już naprawdę daleko. Coraz częściej po pieniądze zaczynali odzywać się ich właściciele. Musiałem też na bieżąco płacić za mieszkanie i spłacać kredyty. Chodząc po mieście zaczynałem bać się własnego cienia. Agnieszka widząc mój stan prosiła mnie, żebym poszedł do lekarza. Była przekonana, że się przepracowuję i powinienem pójść na urlop. Ta myśl mnie zainspirowała.

Kolejnego dnia rano, przed pozorowanym pójściem do pracy objąłem w kuchni Agnieszkę i powiedziałem jej, że za tydzień wyjeżdżamy na urlop do Grecji. Oszalała z radości. Ściskała mnie i całowała, nie ukrywając swoich emocji. Stwierdziła, że taka wycieczka poprawi nasze wspólne życie. Później, przez cały dzień dzwoniła do mnie i wypytywała o szczegóły, których nie mogłem jej udzielić. Przywykłem jednak do kłamstw i stwierdziłem, żeby się o nic nie martwiła, bo cała wycieczka to będzie dla niej niespodzianka. Ma zatroszczyć się o swoje ubrania i opiekę przez ten wakacyjny tydzień nad córką.

Dni przed planowanym wyjazdem spędziłem jak zwykle w knajpach pijąc coraz więcej. Pierwszy raz spróbowałem też kokainy, która otrzeźwiała mnie przed powrotem do domu. Agnieszka była tak zajęta szykowaniem i kupowaniem niezbędnych według niej rzeczy, że prawie nie zwracała na mnie uwagi. Pasowało mi to, choć ja obserwowałem ją dość bacznie.

Nadszedł dzień wyjazdu. Czwartek. Obudziłem się już nad ranem. Zapaliłem papierosa i patrzyłem na pogrążoną we śnie Agnieszkę. Wyglądała pięknie i niewinnie. Nigdy nie spotkałem i nie spotkam już takiej kobiety. – pomyślałem i poszedłem umyć się. Później zacząłem robić śniadanie. W tym czasie ona się obudziła i dołączyła do mnie. Zjedliśmy razem i zaczęliśmy szykować walizki. Mieliśmy na to kilka godzin, ale Agnieszka wszystko musiała mieć zawsze zapięte na ostatni guzik. Powiedziałem jej, że zawiezie nas na lotnisko mój dobry znajomy, żebyśmy niepotrzebnie nie wydawali pieniędzy na taksówkę.

W końcu po kilku godzinach szaleńczych przygotowań wszystko mieliśmy gotowe. Usiadłem zmęczony na krześle i zapaliłem. Patrzyłem, jak moja żona układa włosy i maluje długie rzęsy przed lustrem. Nagle odwróciła się i spojrzała na mnie.

– Co ci jest? Nie cieszysz się z wyjazdu? – spytała zdumiona moim wyrazem twarzy.

– Cieszę się skarbie. – odpowiedziałem bez przekonania. – Szykuj się, zaraz musimy wychodzić.

Po kilku minutach zeszliśmy wspólnie na parking przed klatkę schodową, taszcząc ze sobą torby podróżne. Stanęliśmy na progu w oczekiwaniu na umówiony samochód.

– Wiesz co Aga, musze się jeszcze wrócić i wysikać. Jak podjedzie, to zaczekajcie na mnie chwilę. – powiedziałem wchodząc szybko z powrotem do bloku.

Wjechałem na szóste piętro i otworzyłem mieszkanie. Podbiegłem do ubikacji i zwymiotowałem. Muszę to zrobić. Nie mam wyjścia. Zawiodłem ją, siebie i wszystkich wokół. Jestem słaby, nie mogę powiedzieć jej prawdy. To wszystko zaszło tak daleko. Nie może dowiedzieć się, że nie jestem w stanie utrzymać rodziny.

Zjechałem windą na parter. Była wczesna pora i nie spotkałem jeszcze żadnego z sąsiadów. Uchyliłem drzwi wejściowe do bloku i zawołałem Agnieszkę, żeby przyszła do mnie. Po chwili stanęła przede mną z zaskoczoną miną.

– Co się stało kochanie?

W tym samym momencie złapałem ją lewą ręką za kark. W prawej ręce ścisnąłem mocno ostry nóż zabrany wcześniej z naszej kuchni. Zacząłem na oślep zadawać ciosy w pierś. Krew zaczęła tryskać na podłogę. Z jej gardła wydobywały się śmiertelne jęki. Już po chwili osunęła się na podłogę. Stałem nad nią chwilę z nożem w ręku po którym ściekała ciepła jeszcze krew. Zrobiłem to. Nie sądziłem że to takie łatwe. Już nigdy się nie dowie że jestem do niczego.

Zawinąłem w końcu nóż w kawałek jej bluzki, która porwała się podczas zadawania ciosów i schowałem do swojej kurtki. Odszukałem w kieszeni klucze do piwnicy i zaciągnąłem ciało do środka. Zdawałem sobie sprawę, że to nie załatwi sprawy, ale do końca mnie to nie martwiło. Nie chciałem tylko, żeby tak leżała na środku klatki schodowej.

Wyszedłem szybko z wieżowca. Szedłem na oślep zamroczony tym co zrobiłem. Po drodze, w całodobowym sklepie kupiłem ćwiartkę wódki i wypiłem ją duszkiem. W końcu wsiadłem do taksówki i kazałem się zawieść do pobliskiej miejscowości. Musiałem opuścić to miasto.

Wysiadłem na dworcu PKP i skierowałem się do pobliskiego baru. Usiadłem i zacząłem zamawiać butelki piwa. Piłem jedno za drugim. Próbowałem zabić w sobie wyrzuty sumienia, które pojawiły się po tym co zrobiłem. Jezu, zabiłem ją. Zrobiłem to. Co ja zrobiłem? Przecież ją kocham. Zabiłem. Już nigdy się nie dowie.

Nadszedł wieczór, a ja ciągle siedziałem i piłem w przy dworcowym barze. W końcu wstałem i wyszedłem na dwór. Bezmyślnie skierowałem się przed siebie. Szedłem na oślep dość długo, mijając po drodze zaniedbane zabudowania. Gdy się zorientowałem, znalazłem się nad niewielką rzeką płynącą przez tą miejscowość. Wyjąłem z kieszeni nóż i cisnąłem nim w nurt.

Oszołomiony tym wszystkim błąkałem się całą noc wzdłuż rzeki i okolicznych lasach. Obudziłem się na drugi dzień w przydrożnym rowie. Byłem cały posiniaczony, a moje ubranie lepiło się od zaschniętej krwi. Otrzepałem się i pomaszerowałem w stronę zabudowań. Po drodze zobaczyłem budynek kościoła. Coś we mnie pękło i wszedłem do niego. Klecha kręcił się między ławami. Poprosiłem go o spowiedź. Powiedziałem mu wszystko.

 

Stanisław zamilkł kończąc opowieść. Rozlał do kieliszków resztki z drugiej butelki.

– Złapali go? – pytał Przemek.

– Złapali zwyrodnialca i zamknęli na dwadzieścia pięć lat. Ale co mi z tego. Skończmy lepiej tą flaszkę i idźmy spać. Masz już teraz historię do swojego opowiadania. Wykorzystaj ją. No, a teraz wypijmy. Jutro przed nami kolejny dzień. – powiedział stary, wychylając ostatni kieliszek samogonu.


MARCIN RADWAŃSKI

Rocznik 1978. Urodzony w Zielonej Górze, gdzie nadal zamieszkuje. Absolwent Zespołu Szkół Budowlanych i Centrum Kształcenia Ustawicznego, z edukacyjnym epizodem na UZ. Z zawodu technolog drewna, informatyk i bhp-owiec. Pracował jako magazynier, krojczy pianki poliuretanowej, kasjer, a ostatnio jako doradca klienta w sklepie komputerowym. Wielbiciel kryminałów i literatury obyczajowej. Wolny czas lubi spędzać na lekturze, przy grach video, w kinie, a latem na rowerze, lub w piwnym ogródku. Publikował opowiadania na łamach magazynów literackich „Parnasik”, „Akant”, „Pro Libris”, oraz na stronach internetowych „Szafa”, „Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa”, „Cegła”. Aktualnie zajmuje się pracą nad powieścią obyczajową.

Autor: Marcin Radwański

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close