Home / Kultura / Muzyka / Sex, drug’s & Rock’n’Roll, czyli wszystko to co kochali w życiu muzycy.
fot.
(fot. )

Sex, drug’s & Rock’n’Roll, czyli wszystko to co kochali w życiu muzycy.

Żadna siła nie powstrzyma mnie przed napisaniem i opublikowaniem tego pseudo dziennikarskiego hołdu wszystkim legendom muzycznego rynku, artystycznie najwspanialszych lat 60 ,70,80, i 90 dla całego świata.
 
Narkotyki jako muza.
 
Nie, nie popieram narkotyków, dopalaczy i innych używek. Niestety (a może na szczęście) żyjemy w pozornie konserwatywnym kraju i z tego powodu mało osób nie chciałoby mówić o tym publicznie, ale każdy, kto czytał lub oglądał historię któregoś z cudownych muzyków lat 70, zdaje sobie sprawę, że narkotyki miały potężny wpływ na muzykę szczególnie rockową. Artyści pod ich wpływem odczuwali tak silną euforię lub beznadziejność, że pisali coś, co później stawało się hitem. Ale wiadomo, czy Freddie Mercury byłby tym, kim był bez działki kokainy? Może byłby zwykłym, nic nie znaczącym piosenkarzem-amatorem z trochę ponad przeciętnym głosem, a Sid Vicious bez resztek heroiny w nosie, zbuntowanym gówniarzem z gitarą? Faktem jest to, że dzięki wszystkim bad tripom narodziły się prawdziwe dzieła muzyczne, które fascynują do tej pory. Przynajmniej niektórych…
 
Ale nawet w zwariowanym świecie rocka przychodzi czas refleksji, który brutalnie ukazuje, co zrobiły całodobowe libacje alkoholowe z prostytutkami i kilogramami heroiny. Zabiły prawdziwą muzykę… Konsekwencje widać na każdym kroku. Np. Doda, Lady Gaga, Britney Spears…Oczywiście z góry przepraszam, jeśli ktoś odczytał to jako obrazę gustu, ale po pierwszych słowach ich piosenek widać (a raczej słychać), że to nie ambicja kieruje ich karierą, jak w przypadku Billego Haleya, tylko potrzeba rozgłosu.
 
Wielu godnych uwagi muzyków przećpało się, strzeliło sobie w łeb albo zmarło na AIDS. Gdyby nie ocean alkoholu, który pochłonął Bonhama (perkusista), bardzo możliwe, że dzisiaj taki fenomen jak Led Zeppelin nadal grałby w pełnym składzie. Pff… W ogóle grałby… Każdy na początku mówił sobie, że jest artystą, to mu wolno. W dużej mierze to prawda. Ale każdy też mówił, że sobie poradzi, np. Amy Winehouse, a wiadomo, jak skończyła.
 
 
Bunt też się przysłużył.
 
Na szczęście nie tylko używki miały wpływ na rocka. Każdy młody szukał czegoś, co pozwoliłoby mu pokazać, jak bardzo buntuje się przeciwko światu. W tajemnicy przed rodzicami zbierano się w małe grupki w garażach czy w piwnicach i poprzez teksty piosenek wyrażano swoje niezadowolenie. Np. w piosence „Rape me” Kurt Cobain wyraził, jak popularność potrafi być brutalna. Nie podobało mu się, że nie miał prywatności. Przytłoczyło go to tak bardzo, że w efekcie powstał naprawdę dobry kawałek z ciekawym przesłaniem. Prawda jest taka, że smutek zrodził gniew, a gniew bunt, który stworzył muzykę. Oczywiście przez pozytywne wydarzenia też powstawały dobre utwory, ale smutek wywołuje nastrój refleksji. Wtedy człowiek zastanawia się nad tym, co było, jest i będzie. Dlatego dla artysty obraz czy piosenka jest pewnym rodzajem katharsis.
 
Ta niemalże religia ma w sobie coś pięknego. Najwspanialsze w tym wszystkim jest to, że mimo upływu lat wciąż słychać „ I Love Rock ‘n’ Roll”…

Autor: Anita Pietrenko

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close