niedziela , 4 Grudzień 2016
Home / Kultura / Muzyka / Na Zachodzie bez zmian?
fot.
Demonologia II (fot. )

Na Zachodzie bez zmian?

Ci, którzy mieli styczność z nawijką Słonia, wiedzą, że ta jazda nie jest dla każdego. To trochę jak z kampowymi horrorami: grono odbiorców jest dość hermetyczne, ale jak już złapie, to łatwo nie puści. Tak, jest ultrawulgarnie, przeagresywnie i mrocznie. Jest też spora dawka specyficznego humoru, dla jednych gwarantujących szeroki uśmiech, dla innych będącego definicją niesmaku. Słoń jest wszystkich tych skrajności świadomy i zdaje się świetnie bawić, widząc, jak reaguje się na jego twórczość.
 
"Demonologia II" to niemal z definicji powtórka z rozrywki. Jak w filmach jednak, przepis typu "mocniej, szybciej, więcej" jest cały czas przepisem na udany sequel. Jest zatem jeszcze więcej chorych historii ("Ania"! "Baran"! Król szczurów"!). Dwie części "Zagłady" to już niemal nowa jakość w rapowym storytellingu. Każda ma swój indywidualny styl i formę, połączone wspólną historią (apokalipsa zombie), zrealizowane z pomysłem i – w hiphopowych realiach – niemałym rozmachem. Poza tym jest dobra, trzecia odsłona "WCM", przaśne "Pan Patryk pojechał na biwak", rozbujany "Slasher" i kolejna chora opowieść – "Suro". Całość zaś kończy rodzaj hidden tracka – "D2B4", do którego klip, stanowiący zapowiedź albumu, od czerwca uzbierał już prawie 4 miliony wyświetleń na YouTube. Przypadek?
 
 
Osobną jakością tego albumu jest warstwa muzyczna. Mikser to prawdziwy szef podkładów i mrok wylewa się nie tylko z wersów Słonia, ale też jęków, uderzeń w pianino, krzyków, przeróżnych odgłosów, które doskonale dopełniają klimatu drugiej części "Demonologii". Trudno wymienić tu jego najlepsze momenty. Może będzie to karkołomna zmiana rytmu w "Suro"? Może zabawa smykami w "CHCWD"? Lub – nie rozmieniając na drobne – maestria w samplowaniu wszelkich na pierwszy rzut ucha ledwo słyszalnych akcentów, które później tak cieszą? Są dęciaki w "Super partii", mrok leje się strumieniami z głośników przy przewrotnym "Baranie", słowem – dużo, dużo dobra.
 
"Demonologia II" to wydawnictwo dwupłytowe. Jak zawsze w tego typu przypadkach istnieje obawa, czy oby nie jest to za dużo. Słoń na szczęście poniżej pewnego poziomu nie schodzi, mamy tu nawet coś na kształt reżyserii, dawkowanie napięcia oraz znane już z pierwszej odsłony "Demonologii" dźwiękowe mini-skecze. Stoją co prawda na nieco niższym poziomie, niż w przypadku części pierwszej, ale pełnią inną rolę. Zapewniają chwilę oddechu, tak potrzebną przy słuchaniu historii o rozpadających się ciałach, gwałtach, pozbawianiu bliźnich kończyn i narządów wewnętrznych. 

Bywa, że Słoń się powtarza. Bywa, że niektóre wersy brzmią podejrzanie znajomo. Nie każdy track trzyma – dość wysoki, gwoli ścisłości – poziom całości. Obejść smakiem musimy się w temacie feature'ów. W pierwszej odsłonie "Demonologii" mieliśmy między innymi świetne wersy od Kajmana i etatowego współpracownika Słonia – Shelleriniego. Ten drugi nawet tu się pojawia, ale nie ma takiego szału, jak ostatnio. Siłą rzeczy nie mamy też tego efektu zaskoczenia. Płyta z 2010 była kopniakiem prosto w trzewia, tu wiemy już, czego mniej więcej się spodziewać, więc i szok jest mniejszy.
 
"Demonologia II" to mimo wszystko naprawdę dobra rap płyta, łącząca rewelacyjne podkłady z chorymi rymami. Wyobraźnia Słonia w tworzeniu krwawych historii zdaje się nie mieć granic. Do dwóch płyt CD dorzucono jeszcze DVD z filmem poświęconym produkcji płyty. Jest krótko, treściwie i radośnie. Słoń umie i lubi opowiadać, skąd biorą się dźwięki, które słyszymy i z dumą oprowadza nas po swoim studiu, gdzie z "Vulgar Display of Power" w podładzie pozdrawia wszystkich fanów Pantery. Mikser prezentuje z kolei, jak niewinne początki mają niepokojące jęki w "D2B4". W zestawie nieco smuci brak książeczki – biorąc pod uwagę dbałość o szatę graficzną płyty, jest za czym tęsknić.
 
To doskonały prezent dla każdego fana Słonia. Dla kogoś, kto wcześniej nie miał stycznośc z jego twórczością, może być nieco wstrząśnięty. Nikt jednak nie mówił, że będzie łatwo. A radykalna muzyka od rapera z Poznania i tak znajduje szerokie grono odbiorców, o czym niech świadczy choćby wyprzedanie zielonogórskiej Wyspy podczas niedawnego koncertu. Warto dać szansę wędrówce po wykręconej wyobraźni Słonia. Jest co zwiedzać.

Autor: Michał Stachura

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Home / Kultura / Muzyka / Na zachodzie bez zmian
fot.
The Strokes "Comedown Machine" (fot. )

Na zachodzie bez zmian

Kapela Juliana Casablancasa swym pojawieniem się na scenie narobiła niemałego zamieszania. Chłopcy z miejsca trafili na okładki kolorowych magazynów i do serc panien. W sam raz zmanierowani, w podartych jeansach, niedomyci, choć chaos we włosach wyraźnie kontrolowany. Nie zaszkodziła też naprawdę dobra płyta. „Is This It?” szybciutko pokryła się platyna w Australii, Wielkiej Brytanii, Kanadzie i rodzimych Stanacj Zjednoczonych. Kolejnym albumom kwartetu coraz trudniej było na rynku, ale praktycznie każdy był, mniejszym lub większym, sukcesem. Czy ich piąty krążek również – przekonamy się.  The Strokes właśnie udostępnili „Comedown Machine” do odsłuchu. 

Przez 12 lat od debiutu w ich graniu zmieniło się w sumie niewiele i początek najnowszej płyty zdaje się to potwierdzać. Trzy pierwsze kawałki są jakby trochę bardziej disco, ale trudno mówić o szoku termicznym.

Casablancas z płyty na płytę coraz mniej używa swej słynnej chrypy, tu jej miejsce zastąpił histeryczny falset. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że równie dobrze mogibyśmy mieć do czynienia z odrzutami z dawnych sesji nagraniowych. Ważne, że buja – początek płyty należy do singlowego „One Way Trigger”, troche zionącego „Take On Me” A-Ha, ale gdy się przyzwyczaić do takiej formuły, jest naprawdę w porządku. 
 
„80’s Comedown Machine” dużo tu zmienia. Zdecydowanie ostrzejszy, punkowy, refren też ma jakby wściekliznę. Strokesi co prawda na codzień grają na gitarach, ale aż ciepło człowiekowi na sercu się robi, kiedy słyszy, że robią z nich autentyczny użytek. Jeszcze większą niespodzianką jest utwór następny, oparty na przetworzonej elektronicznie perkusji i… organach.  Całości dopełniają dzwonki, leniwy śpiew i chórki – aż dziw, że „50 50” trzyma się kupy. Powrót do trochę mocniejszych brzmień gwarantuje bardzo dobre „Chances” i to ostatni błysk tego albumu. „Happy Ending” i „Call It Fate Call It Karma” nie zmieniają nic poza statystykami długości i liczebności piosenek. 
 
 
„Comedown Machine” mija zupełnie bezboleśnie. Ani tu nic specjalnie nie grzeje, ani ziębi – The Strokes nagrali album w stylu The Strokes i dla fanów The Strokes. Jeśli nie rusza Was to granie, ta płyta po Was po prostu spłynie. W przeciwnym wypadku zapewni godzinkę przyjemnego bujania. Mimo wszystko raczej miło wiedzieć, że u Strokesów wszystko po staremu. 
 
 

Autor: Michał Stachura

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close