poniedziałek , 5 Grudzień 2016
Home / Kultura / Muzyka / Na płytkim dołku – wywiad z grupą Hunter
fot.
(fot. )

Na płytkim dołku – wywiad z grupą Hunter

Gracie aktualnie trasę promującą wydawnictwo „Hunter – XXV Lat Później”. Może pokusicie się o taki mały bilans tych 25 lat na scenie?
Saimon: Siwe włosy, podkrążone oczy, skrzypiące, siadające stawy (śmiech). Oprócz tego rzesza nowych ludzi poznanych przez te 25 lat.
Drak: Na pewno było warto tyle grać. Gdyby było inaczej nie byłoby nas tutaj.
 
W Zielonej Górze wystąpicie drugi rok z rzędu. W 2010 wystąpiliście jako gwiazda finału festiwalu Rock Nocą. Jak wam się wtedy grało i ogólnie czy lubicie występować u nas, bo we wcześniejszych latach też wam to się zdarzało?
Drak: Wiesz co, zazwyczaj gramy w Zielonej w dosyć trudnych klubach jak 4 Róże np. Jest to duże przeżycie, te koncerty są zawsze gorące. Teraz po raz pierwszy będziemy występować w Kawonie. Jestem ciekawy jak to będzie, ale znając życie to znowu będzie jakiś piętrowy klub (śmiech). Ale zawsze było u was czadowo i nie możemy się doczekać kolejnych występów tutaj.
 
Pomówmy teraz o waszej przeszłości. Zrobiliście sobie dosyć dużą przerwę między waszym debiutem „Requiem” a drugą płytą „Medeis”. Dlaczego?
Drak: Przede wszystkim dlatego, że nie było wydawcy. Musieliśmy sami to zrobić i płyta „Medeis” była wydawana praktycznie kilka razy. Ale jeśli nie ma wydawcy, nie ma budżetu, to siłą rzeczy nie ma płyty. To był zatem ten cios. Poza tym w międzyczasie zmienił się skład i to także… Może nie opóźniło wydanie, ale zmieniło się dużo rzeczy. Kiedyś też nie było takiego ciśnienia, żeby co rok lub dwa lata wydawać płyty. Jak widzisz ludzie potrafili czekać 7 lat na to by pojawił się dany album. Ale czasy się zmieniły. Dwa lata to teraz taki właściwy czas aby nagrać coś nowego.
 
Hunter to jedna z niewielu ciężko grających grup w Polsce, która pisze teksty w ojczystym języku. Czy to prawda Drak, że do pisania polskich tekstów zainspirował cię Roman Kostrzewski z Kata podczas waszej wspólnej trasy?
Drak: Wiesz, to miało swój wpływ, bo wtedy chyba po raz pierwszy zobaczyłem jak ludzie śpiewali jego teksty. Właściwie Roman mógł sobie darować śpiewanie, bo ludzie robili to za niego. Niezależnie czy w warstwie tekstowej to się podoba czy nie, robiło to wielkie wrażenie. Mimo tego, że Acid Drinkers (także grali na tej trasie – dop. red.) mieli teksty po angielsku i ludzie też je śpiewali stwierdziłem, że siła rażenia polskiego języka była bardzo duża. Dotarło do mnie wtedy, że warto spróbować. Z drugiej strony w języku polskim można dużo więcej przekazać, ponieważ jest to nasz język. W języku angielskim zawsze są jakieś kompromisy i piszesz na tyle, na ile pozwala ci twoja wiedza. Siłą rzeczy nie jest duża, bo nie jest to twój naturalny język. Wcześniej chciałem pisać po polsku, ale troszeczkę się obawiałem. W takich tekstach napiszesz jedno słowo za dużo i już jesteś grafomanem. Ale wreszcie się przełamałem.
 
Po wydaniu „Medeis” staliście się zespołem niezwykle popularnym. Co waszym zdaniem decyduje o sile tej płyty?
Drak: Na pewno tkwiła ona w utworze „Kiedy Umieram”. To był utwór, który tak naprawdę zmienił wszystko. Byliśmy w bardzo głębokim undergroundzie. Graliśmy głównie na Mazurach i to niewiele koncertów. Wiesz, 1 maja, dni czegoś tam, itd. Poza Mazury się nie wychylaliśmy, ponieważ kluby nas nie znały, nie zapraszali nas… Mimo, że ludzie w Polsce znali trochę nazwę Hunter, przegrywali sobie „Requiem” to nie byliśmy na tyle znani, aby grać często poza naszą okolicą. Utwór „Kiedy Umieram” zagraliśmy kiedyś w Vivie, ale przeszło to bez echa. Dopiero gdy zrobiliśmy do niego klip i pojawiliśmy się na liście przebojów w Viva Rock z poczekalni na pierwszym miejscu, wszystko się zmieniło. Ten utwór przez praktycznie dwa miesiące był na pierwszym miejscu. To był wielki cios. Nagle z głębokiego undergroundu wyszliśmy na płytki dołek (śmiech).
 
Na „Medeis” także po raz pierwszy w składzie Huntera zaprezentował się skrzypek, Michał Jelonek. Czyim pomysłem było wcielenie go do składu? Czy miał na to wpływ fakt, że Drak z wykształcenia jest także skrzypkiem?
Drak: Nie do końca. Nagrywaliśmy tą płytę w Izabelin Studio z Andrzejem Karpem jako producentem. Znali się już wcześniej z Michałem, a ja go pamiętałem jeszcze z wczesnych czasów gdy grałem w Acid Drinkers za Litzę. Widziałem go z Ankhiem na koncercie. Andrzej zaproponował, żeby Jelonek nagrał coś na naszą nową płytę, na co powiedziałem, że czemu by nie. Zagrał kilka dźwięków, no i tak został.
 
Ty Drak uczestniczyłeś w nagraniu utworu „Cudne Mazury” w ramach akcji „Mazury Cud Natury”. Jak doszło do twego udziału w tym projekcie i jak współpracowało ci się z jednej strony z Peterem z Vadera, a z drugiej z Norbim czy Ryszardem Rynkowskim?
Drak: Uśmiejesz się, ale ich nawet nie spotkałem (śmiech). W ten projekt było zaangażowanych tylu ludzi, że nie dało rady tego wszystkiego na raz ogarnąć. Każdy zatem pojawiał się w studiu wtedy kiedy mógł. Zaczęło się od tego, że nasz przyjaciel, obecnie klawiszowiec Harlemu, zadzwonił do mnie i powiedział, że chciałby bym zagrał parę riffów do tego projektu. Przyjechałem, zagrałem i chyba im się to spodobało, bo weszło na płytę. Poza tym jesteśmy z Mazur i wiadomo, chcemy promować naszą krainę. Na tym to właśnie polegało.
 
Koncertowaliście na największych imprezach w naszym kraju – Przystanek Woodstock, festiwal w Węgorzewie, tegoroczny Sonisphere. Na której z tych imprez najlepiej się wam grało i jaka byłaby dla was impreza marzeń, na jakiej byście siebie widzieli?
Saimon: Zacznę od końca. Najbardziej chcielibyśmy zagrać z Metalliką. Natomiast mi najbardziej w pamięć wbił się Woodstock. Ten Złoty Bączek i aplauz prawie pół milionowej publiczności… To była miazga i będziemy to pamiętać do końca życia.
Drak: Tak się złożyło, że wtedy gdy dostaliśmy Złotego Bączka graliśmy na Woodstocku trzeci raz z rzędu. Ja wspomniałbym też o Sonisphere, bo tam też był wielki cios. Może nie było tylu ludzi co na Woodstocku, ale było Iron Maiden, Motörhead i to było również spełnienie marzeń. Pozostała nam chyba tylko Metallica jeszcze (śmiech). Poza tym Sonisphere ze względu na organizację pokazał, że można w Polsce zrobić profesjonalny festiwal bez obsuw i bez takich akcji. Byliśmy też zaskoczeni przyjęciem nas przez ludzi. Jednak te 40 minut, które dostaliśmy do zagrania wykorzystaliśmy na milion procent. Tak jak nie lubimy się chwalić, tak chcielibyśmy takie koncerty dawać zawsze!

Autor: Michał Cierniak

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close