niedziela , 4 Grudzień 2016
Home / Kultura / Muzyka / Lepiej w pojedynkę, niż z zespołem
fot.
(fot. )

Lepiej w pojedynkę, niż z zespołem

 Trudno wyobrazić sobie gorszy pomysł. Dream popowo-shoegazowe granie trwające więcej niż godzinę nie może być zdrowe, nieważne, jak dobre. Poprzednie pięć płyt Anthony’ego Gonzaleza, z kolegami lub bez, odniosły sukces w tzw. środowisku, zaskarbiając sobie przy tym sympatię słuchaczy. Polubiliśmy dziecięcą naiwność melodii M83. Te albumy to ścieżka dźwiękowa do wspomnień, kiedy podobno wszystko było lepsze. Te krążki urzekały prostotą, melodyjnością, a przy sprzyjających warunkach potrafiły nawet wzruszyć. Atmosferę idealnie określa słowo: „senna”. Snom Gonzalez postanowił poświęcić cały album, który nazwał „Hurry Up, We’re Dreaming”.
 
Pierwsze wrażenie? Gonzalez w końcu nie wstydzi się swego głosu. Zarzucił dotychczasowe, nieśmiałe nucenie na rzecz trochę mocniejszych wokali. Efekt – naprawdę dobry. Drugie wrażenie jest takie, że mimo długości materiału wszystko tu jest maksymalnie skondensowane. Piosenki są naładowane emocjami, melodyjne i dużo żwawsze, niż na dotychczasowych dokonaniach M83. Idealnym przykładem „Midnight City”. Syntezator, mocna perkusja i kolejne novum – przebojowość. Shoegaze nigdy nie zwojował list przebojów, głównie z powodu powolnych, snujących się, rozmytych melodii. Na swym najnowszym krążku Gonzalez stawia na wyraziste utwory.
 
„Hurry Up, We’re Dreaming” to płyta niezwykła. Być może przy dzisiejszym trybie życia trudno będzie znaleźć na nią czas, w końcu to ponad godzina muzyki. Ale kiedy już to się stanie – wpadniemy. Czy to lekko pricne’owe „Claudia Lewis”, czy organowe, podniosłe „Where The Boars Go”, czy totalnie odstające od płyty „Raconte-Moi Une Histoire”, będące dzieciącą opowieścią o żabie. Każdy z dwudziestu dwóch numerów na tej płycie urzeka, od każdego czuć magię. Wielu wątpiło, czy Anthony Gonzalez w pojedynkę dorówna zespołowym dziełom M83. Swymi wcześniejszymi dziełami wyrównał już ten poziom, ale dopiero „Hurry Up…” przebija je. Za jednym zamachem łamie parę muzycznych stereotypów – lepiej w pojedynkę niż z zespołem, lepie niemodne dwupłytowe wydawnictwo, niż czterdziestominutowe, sprinterskie naganie. Trudno po tej płycie wyobrazić sobie następny muzyczny krok Gonzaleza, ale po przesłuchaniu tego albumu warto na niego postawić w ciemno.

Autor: Michał Stachura

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close