Ministry – Ziemia gwałtu i miodu

Gdy wypowiemy w towarzystwie electrofreaków (takich wariatów poubieranych w części pochodzące z traktorów, tokarek, czołgów i bardzo mrocznych robotów- morderców, mających świecące pałeczki za pazuchą, półmetrowe buty, siatkowane koszulki z przezierającymi przez oczka sutkami, włosy przylizane na półhełm, a w domu hodujących stado smutnych wiewiórek zacisznym czarno-srebrzystometalicznym terrarium) nazwę Ministry – to powiedzą pewnie – eee?. Bo to nie jest popularna muzyka grana podczas typowych electroparty. Nie jest tak rytmiczna jak Front 242, tak słodka jak VNV Nation, nie jest przyjemna, jak Front Line Assembly.

Nie. Ministry jest chropawe.

Zatem musimy najpierw poszukać ludzi, którzy nazwę zespołu w ogóle z czymś skojarzą. Większość trochę obeznanych w electro osób przypomni sobie to z zespołem, który używa dużej ilości gitar, automatu perkusyjnego i przesterowanego wokalu. *

No i dobrze sobie skojarzą.

Niektórzy skojarzą sobie Ministry z czymś bardzo ostrym, iście metalowym. Jeśli ostry metal ale trochę ułagodzony, zagrany z duszą (i wolniej) to Tiamat, to Ministry będzie ostrym metalem zagranym w sposób elektroniczny, czyli bardziej metalicznie niż metalowo.

I też dobrze sobie skojarzą.

Jakże niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, od jakiej muzyki Ci (właściwie powinienem napisać: TEN) bogowie Industrialu zaczynali. Tak, kraina ta płynęła kiedyś miodem, który powoli ustąpił miejsca dobrze skomponowanej mieszaninie wściekłości i gwałtu i wynikającej z tego odpowiedniej zawiesinie estetycznej dźwięków i słów.

Ja słyszałem tylko JEDNĄ płytę Ministry. Za to najlepszą zdaniem wielu (i moim – bo słyszałem tę jedną przecież). Psalm 69 to album genialny. To zdaniem wielu najważniejszy album w historii industrial metalu. Tak przynajmniej pisza w wikipedii. A ja Wam powiem, że mogą mieć rację, bo to płyta wielka. I chyba dlatego właśnie na niej audycja się zakończy. A przedtem usłyszycie drogę do Psalm 69 – muzykę z czterech poprzedających tę płytę albumów: With Sympathy, Twitch, The Land of Rape and Honey i The Mind is a Terrible Thing to Taste.

Łukasz Morawski
– prowadzący tę audycję – pokaże Wam, jak według niego ta muzyka powstawała i co w niej było najciekawszego.

Ministry to Al Jourgensen, bezkompromisowy jak jego muzyka, Ministry to (nie)żywa historia sceny industrialnej i przykład na to, ile znaczy talent i wizja muzyki, jaką chce się tworzyć…

Jeśli jesteście gotowi sporą dawkę świetnego electro – industrial –  metalu, to:

Zapraszamy na audycję w czwartek, 17 lutego, o godzinie 20.00 (tuż po serwisie sportowym) w Akademickim Radio Index.

– Włączcie
– Sport może potrwać z 5 minut, zatem Electrohead zacząć się może o 20.05;
– Jeśli nie macie radia lub nie mieszkacie w Zielonej Górze – .

Uwaga – za tydzień albo:
– Diorama czyli zimny, depeszowski futurepop, albo:
– Szalone Suicide Commando, albo…
– Dana Cieplicka, Łukasz Morawski i że Depeche Mode może być electro…

Are you connected?!

* Wszystkie słowa pisane pismem pochylonym są autorstwa Łukasza Morawskiego. Który znów swój plik tekstowy, w którym wrzuca mi zajawki auducji podpisał “wypociny”. Do cholery. Łukasz. Przestań to tak nazywać, bo piszesz bardzo fajne rzeczy! Za kolejne wypociny dostaniesz kopa!
Czapki z głów przed wiedzą i osłuchaniem Łukasza, bo to dzięki niemu Electrohead jest taka fajna…

Chcecie zaproponować co mogłoby polecieć w którejś z następnych audycji? Piszcie w komentarzu!