czwartek , 8 Grudzień 2016
Home / Kultura / Muzyka / Dzieciaki edukują mnie muzycznie
fot.
(fot. )

Dzieciaki edukują mnie muzycznie

W ramach promocji waszej nowej płyty „Strażnik Światła” gracie koncerty akustyczne. Skąd pomysł na taką formę promowania albumu? Dlaczego nie seria koncertów w tradycyjnym stylu?
Te koncerty akustyczne to nie jest trasa promocyjna. One są takie…jakby dodatkowe. Natomiast sama traska, taka krótka odbyła się w lutym. Daliśmy z 6 koncertów. W tym wypadku na koncertach gramy chyba 3 numery ze „Strażnika” akustycznie. Nie jest to więc trasa promocyjna naszej nowej płyty.

To może inaczej – co ty osobiście sądzisz o tego typu koncertach. Czy nie odzierają one twoim zdaniem utworów ze swoistej agresji, mocy i siłą rzeczy ducha metalu?
Granie akustyczne ma zupełnie inny wyraz niż takie tradycyjne. Nie uważam, żeby coś tu było nie tak. W latach 90-tych była taka moda na koncerty MTV Unplugged. Bardzo fajnie wypadały zespoły grające tam. Widziałem parę znakomitych koncertów – Kissów, Nirvany czy jeszcze innych. Korn też tam grał…Także to jest inna, fajna forma, nie powiem, że metalu, ale inna forma muzyczna. Na pewno nie gorsza (śmiech). Na pewno spokojniejsza jak zauważyłeś, ale nie mniej sympatyczna, bo bardzo fajnie się gra takie koncerty.

W wielu wywiadach podkreślałeś, że jesteś miłośnikiem muzyki progresywnej. Na „Strazniku Światła” słychać tego typu wpływy. Powiedz, czy lepiej czujesz się grając i komponując rozbudowane, wielowątkowe kawałki jak utwór tytułowy z waszego nowego krążka, czy też krótkie, przebojowe, ale również zróżnicowane takie jak „Obietnica lepszego dnia”?
Wiesz, trudno odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno lubię takie formy i takie utwory jak „Strażnik Światła”, gdzie dużo się dzieje. Natomiast lubię też prostsze utwory bo mają one większą siłę rażenia. A takie utwory progresywne są rozbudowane, jest stopniowanie napięcia i za to bardzo je lubię jak i całą muzykę progresywną. To już chyba od dzieciństwa siedzi we mnie, bo jeszcze w latach 70-tych trochę słuchałem Yes, Genesis, Rush i innych takich kapel. W tej chwili już np. w ogóle nie słucham muzyki metalowej jako takiej. Słucham dużo progresywnej muzyki, muzyki jazz-rockowej. Wiesz, takiej której dźwięki coś dają gdy się je usłyszy. Natomiast jeśli chodzi o metal to w tej chwili już raczej nie słucham. No, może czasem coś z klasyki, z nowości ostatnio słyszałem nowy Megadeth, ale generalnie metal rzadko już mi towarzyszy.

„Strażnik Światła” to także wasz pierwszy koncept album. Czy ciężka była praca nad takim tworem? Co powstawało najpierw – muzyka czy teksty?
To był kompletny przypadek, bo zaczęliśmy robić płytę nie mając w głowie, że będzie to koncept album. W każdym razie tak sobie kiedyś pomyślałem, kiedy wszystko jeśli chodzi o muzykę było już zrobione, żeby płytę zamknąć podobnym elementem jak „Tożsamość”. Wtedy Tomek (Struszczyk, nowy wokalista Turbo – red..) powiedział, że może ten kawałek co miałby być na końcu, mógłby też rozpoczynać płytę i wtedy można z tego zrobić koncept album. Gdy już to postanowiliśmy zaczął pisać teksty, które są jednorodne, które zazębiają się w swojej treści. Tak to powstało, ale to był zupełny przypadek, nie żaden nasz zamysł. Tak naprawdę do samego końca nie wiedzieliśmy jak to będzie wyglądało, bo robisz kawałki, one są, zaczynasz je ogrywać na próbach, już jakiś klimat się łapie, ale nie wiesz do końca, co to będzie. Dopiero jak się to nagra, to wychodzi z tego cała ukryta energia.

Metal Mind to krwiopijcy

Kiedy ujawniony został tytuł waszej nowej płyty i jej okładka, kiedy wyszło na jaw, że będzie to koncept album, byłem pewien, że przeniesiecie słuchacza w jakiś metafizyczny świat, nakreślicie jakieś fantastyczne historie, a okazuje się, że jest to po prostu płyta o życiu. O wychodzeniu z dzieciństwa, z niewinności.
Wiesz, chcemy skończyć z tymi tekstami, które kiedyś u nas obowiązywały. Myślę, że Turbo dużo straciło przez teksty w latach poprzednich. Kiedyś zrobiłem sobie taki rachunek sumienia, czy w ogóle twórczości i stwierdziłem, że Turbo zostało zapamiętane ze względu na „Kawalerię Szatana”. Ok. Ale najbardziej ludzie zapamiętali teksty czy utwory z pierwszej płyty. Druga płyta też jeszcze, „Kawaleria…” to już jest końcówka, a potem to już kompletnie nie, bo pisaliśmy bzdurne teksty! Taki był wymóg czasów jeżeli chodzi o tą muzykę. Myślę jednak, że dużo nam to zepsuło, bo nikt nie chciał nas w radio puszczać. Zresztą tak jest do dzisiejszego dnia w wypadku tych starych numerów! Nigdy nie słyszałem w radio nic z „Kawalerii…”, nigdy nic z „Ostatniego Wojownika”. A inne zespoły „chodzą”. I właśnie zastanawiałem się dlaczego i być może chodzi właśnie o teksty. Teksty na pierwszej płycie, czy jeszcze na drugiej mają jakiś przekaz, natomiast reszta to już nie koniecznie np. na „Awatarze”, na „Tożsamości”. Błędem naszym było to, że może nie zwracaliśmy uwagi na te teksty, a trzeba było. Teraz pojawił się Tomek i napisał fajne teksty i okazuje się, że ludzie prawie wszystkie je śpiewają na koncertach. Dobrze się stało, że nastąpiła taka zmiana jeśli chodzi o treści.

Wspomniałeś wasze dwie pierwsze płyty, czyli „Dorosłe Dzieci” i „Smak Ciszy” i właśnie do nich „Strażnik Światła” jest najczęściej porównywany. Jeśli chodzi i warstwę tekstową to wiemy już, że zgadzasz się z tymi porównaniami, a czy podobnie jest w kwestii muzyki?
Tak, jak najbardziej. Tak jak nie wiedzieliśmy jak ta płyta będzie wyglądać jako koncept album, tak wiedzieliśmy, przynajmniej ja, że „Strażnik” będzie jakby do wora wrzucić nasze pierwsze cztery płyty. Zależało mi na tym, żeby ten album był bliższy „Dorosłym Dzieciom”, czy też drugiej płycie, niż „Ostatniemu Wojownikowi” czy, nie daj Boże, „Dead End”. Chcieliśmy, żeby ta płyta byłą maksymalnie klasyczna, no i udało się!

Nawiązując jeszcze do waszych pierwszych płyt, to jeszcze przed ukazaniem się „Strażnika Światła” nagraliście na nowo utwór „Szalony Ikar”. Był to debiut studyjny Tomasza Struszczyka na wokalu w Turbo. Dlaczego zrobiliście coś takiego? Czy chcieliście oswoić fanów z nowym wokalistą? Jak pokazuje historia muzyki metalowej przy okazji zmiany wokalisty wielu fanów odwraca się od danego zespołu.

To się tak złożyło, że był nowy wokalista i my mogliśmy go faktycznie pokazać dzięki temu utworowi, w wersji tzw. radiowej. Myśmy to zrobili celowo, ponieważ nikt nas nie puszczał w radio. Chcieliśmy mieć utwór radiowy, taki ukłon w stosunku do rozgłośni. Ale te i tak pokazały nam środkowy palec. Wysłaliśmy wszędzie gdzie się da tego „Szalonego Ikara” mimo to i tak w dupie nas mieli. Natomiast tutaj jakby Tomek zaistniał wokalnie.

Wasza reaktywacja miała miejsce na przełomie lat 1995 – 1996, ale powrotna płyta „Awatar” wyszła dopiero w 2001 roku. Dlaczego kazaliście swoim fanom tak długo czekać na ten album?
Cały czas były zawirowania związane z naszymi kolegami z „zespołu obok” i nie mogliśmy się tak do końca dogadać. Niby wszystko było ustalone, ale każdy z nich zaczął coś tam gadać jakieś bzdury. Miał grać przecież z nami Andrzej Łysów (dawny gitarzysta Turbo – red.), w końcu zrezygnował. Powiedział, że „nie” bo przecież Ceti i oni mają niby robić wielką karierę. W końcu machnąłem na to wszystko ręką, powiedziałem, że mam ich gdzieś, Grzegorz (Kupczyk – red.) jednak został, znaleźliśmy nowego gitarzystę i tak błąkaliśmy się trochę bo nie wiedzieliśmy do końca co i jak. W końcu w 1999 roku na Metalmanię zaprosił nas nasz „krwiopijca” – Metal Mind. Tomasz Dziubiński (prezes Metal Mind – red.) dał nam wtedy konkretną propozycję, tzn. konkretną propozycję budżetu na nagranie płyty. Nikt nam wtedy nie chciał dać na to kasy. Sony np. chciało nas wówczas wydać, ale nie dawali pieniędzy na nagranie albumu. Nie mieliśmy sponsora, nie mieliśmy też własnych środków, więc niestety wróciliśmy do Tomka. Na szczęście „Strażnik…” był ostatnią płytą dla jego wytwórni.

Jeśli chodzi o „Awatar” to zaskoczyliście wiele osób muzyką, która się tam znalazła, aczkolwiek płyta była dobrze przyjęta, przynajmniej w mediach (m.in. nominacja do Fryderyka 2002). Jednak już następny album „Tożsamość” był powrotem do korzeni z lat 80-tych. Czy to była kwestia tego, że posłuchaliście głosów tych fanów, którzy byli niezadowoleni z „Awatara”, czy sami stwierdziliście, że najlepiej czujecie się w klasycznym heavy metalu?
Wiesz, zespół po 10-letniej przerwie wraca na rynek i jest dużo możliwości. Ja jestem zwolennikiem powrotów z wysokiej półki. Nie chciałbym, żeby zespół wracając był na niższym poziomie niż w momencie, gdy zakończył działalność. To jest w ogóle niemożliwe! I stwierdziliśmy, że moglibyśmy zacząć grać stare przeboje jak np. „Smak Ciszy”. Wiesz, przyszło nowe pokolenie, ludzie przestali nas rozpoznawać, jednak minęło te 10 lat, więc mogliśmy sobie na to pozwolić. Ale z kolei pamiętaliśmy o naszych starych fanach i oni mogliby nam zarzucić, że chcemy grać przeboje i zarabiać pieniądze, co z kolei też by nam pasowało. Z drugiej stronie mogliśmy nagrać drugą „Kawalerię Szatana”, ale tego też nie chcieliśmy, bo powiedzieliby, że odcinamy kupony. No i został wariant trzeci, w którym chcieliśmy pokazać, że pomimo 10 lat przerwy nie jesteśmy wcale starymi dziadami, słuchaliśmy cały czas muzyki i się rozwijaliśmy. Muzyka zmieniła się na przestrzeni tych 10 lat i przyszło młode, zupełnie inne pokolenie. To pokolenie, które chodziło na nasze koncerty w latach 80-tych ma już w dupie tego typu imprezy. Przynajmniej większość. Wiesz, to są ludzie, którzy mają już swoje biznesy, rodziny i inne sprawy. Dlatego stwierdziliśmy „pokażmy coś świeższego” i zrobiliśmy „Awatara”. Powrót do korzeni na „Tożsamości” też był świadomy, bo pokazaliśmy się i stwierdziliśmy, że teraz możemy już zrobić to co chcieliśmy w zasadzie przedtem. Dlatego „Tożsamość”, już sam tytuł wskazywał, że wracamy do swoich korzeni. Teraz tak już pozostanie. Myślę, że jeśli będziemy robić jakieś wycieczki w bok, to będą one takie delikatne i pozostające w klimacie, żeby nie psuć już tego ducha klasycznego metalu.

Te czasy już nie powrócą

W dniu, w którym rozmawiamy (12 marca) swoją premierę w polskich kinach ma film „Beats Of Freedom – Zew Wolności”. Można usłyszeć tam muzykę Turbo. O sam film nie będę cię pytał, ale chcę się dowiedzieć co w tamtych czasach, poza możliwością wyjazdu za granicę, stanowiło problem dla takiej grupy jak Turbo? Mieliście np. kłopoty z cenzurą?
My akurat nie mieliśmy nigdy problemów z cenzurą. Przynajmniej ja takowych nie pamiętam. Nawet do dzisiejszego dnia zastanawiam się jak to się stało, że „Dorosłe Dzieci” puścili. Przecież tekst jest takim ewidentnym ciosem w tamte lata! Nie mam pojęcia. Albo mieliśmy cenzorów debili, albo bardzo inteligentnych, którzy chcieli przemycić gdzieś te treści. Może mieliśmy właśnie to szczęście, że w Poznaniu przymknęli oko na te teksty. Raz zdarzyło się jednak, że w jakimś mieście nie chcieli pozwolić na powieszenie plakatu z „Dorosłych Dzieci” właśnie, a tak poza tym problemów nie było. Czasy oczywiście były trudne, chociaż myśmy wtedy tego tak nie dostrzegali. Byliśmy młodzi, mogliśmy grać koncerty. Wtedy było bardzo dużo koncertów i na nich tysiące ludzi, w ogóle nie dostrzegało się tego, że było źle. Dopiero teraz z perspektywy czasu możemy ocenić sytuację i rzeczywiście nie było rewelacyjnie, ale teraz też nie jest wspaniale. Może nawet gorzej niż kiedyś, bo tych koncertów jest mało, zainteresowanie jest bardzo małe, jakimikolwiek koncertami. Kiedyś grało się po 30 – 40 koncertów miesięcznie, co dzisiaj jest raczej nieosiągalne. I to grało się nie tylko w takich miastach jak Zielona Góra, ale takich jak np. Zaniemyśl, takich które mają po 2 – 3 tysiące mieszkańców i były pełne sale. Teraz już nie ma czegoś takiego i wątpię czy to kiedykolwiek powróci.

Parę lat temu do Zielonej Góry przyjechała black metalowa kapela ze Szwecji Watain i pierwszą rzeczą jaką mnie spytali, gdy miałem okazję z nimi porozmawiać było, czy można u nas gdzieś kupić koszulki Turbo, bo u nich nie ma, a bardzo by chcieli takie mieć. Widać więc, że twój zespół cały czas jest rozpoznawalny nie tylko w kraju, ale i za granicą. Może teraz gdy wyjazd za granicę jest łatwą sprawą pokusilibyście się na karierę na światową skalę?
Słuchaj, o karierze to już w ogóle nie myślimy, bo jesteśmy na to za starzy. Natomiast bardzo chętnie byśmy jakąkolwiek współpracę z tamtą stroną nawiązali. Myślę, że to się stanie w przyszłym roku. Kontrakt z Dziubińskim mamy już na szczęście „out”. W tej chwili możemy sobie szukać wytwórni i będziemy szukać właśnie zagranicą. Niewykluczone, że nam się to uda. Wiesz, mamy dużo atutów, trochę tych płyt natłukliśmy, są to dobre płyty…także zaczyna nam się jakieś tam malutkie światełko w tunelu rysować. Zobaczymy. Na pewno będziemy chcieli coś w tamtym kierunku robić.

Wielu fanów Turbo może o tym nie wiedzieć, ale ty miałeś w swoim życiu taki okres, że grałeś w Czerwonych Gitarach! Jak doszło do tej współpracy?
To był przypadek, ale powiem tylko tyle, że jestem bardzo zadowolony. Teraz byłem nawet na ich 45 rocznicy w Sali Kongresowej tydzień temu. Powiem ci, że ja tam grałem 3 lata i był to fantastyczny okres w moim życiu. Wiesz, grałem te piosenki, które kochałem jako dzieciak, bo Czerwone Gitary to był „mój” zespół. Pierwszy raz kiedy usłyszałem Beatlesów w latach 60-tych byłem świadkiem narodzin w ogóle całej muzyki rock’n’rollowej w Polsce, big bitu. Mając lat 7 mieszkałem z rodzicami w Gorzowie, potem w Gostyniu i tam mój ojciec prowadził dom kultury i wszystko co przyjeżdżało do nas to ja jako dzieciak oglądałem. Rosłem w miłości do tej muzyki, a Czerwone Gitary to była dla mnie miazga. Potem w latach 90-tych poznałem ich osobiście, akurat wtedy pokłócili się z Sewerynem Krajewskim i zupełnie przypadkowo spotkaliśmy się w studio. Zapytałem się ich czy nie potrzebowaliby gitarzysty na nagrania, a oni powiedzieli „no dobra, fajnie”. Coś dla nich nagrałem, to im się spodobało i parę miesięcy potem złożyli mi propozycję współpracy z czego byłem naprawdę zadowolony! No, ale potem żeśmy się pokłócili i mnie wywalili (śmiech).

Spier…aj , nie będę tego słuchał!

Zazwyczaj jest tak, że to rodzice przecierają szlaki dzieciom, ale w wypadku twojego przyjazdu do Zielonej Góry z Turbo było odwrotnie, bo twója córka i syn wraz ze swoją kapelą Deleted przyjechali do nas przed twoim zespołem. Dawali ci wskazówki jaka u nas jest publika itd.?
Nie, nie, ja w Zielonej Górze grałem już parę razy. Pamiętam jeszcze na początku lat 80-tych na koronie Amfiteatru w pierwszym składzie jeszcze z Sowulą (Wojciechem, pierwszym wokalistą Turbo – red.). To był październik, jesień, czy nawet może wczesna zima. Pamiętam, że miałem zmarznięte palce i ledwo mogłem grać. To był jeden z pierwszych…a może wiesz co, to było Winobranie? Chyba najpierw było Winobranie, a potem w tym Amfiteatrze. No i później jeszcze coś było. Przyjeżdżałem tu też z Irkiem Łukaszewskim, graliśmy akustycznie takie flamenco gdzieś tu w okolicach Starego Rynku. Także to nie oni przetarli mi szlaki, tylko ja im (śmiech).

A czy podoba ci się muzyka tworzona przez twoje latorośle?

Bardzo mi się podoba i bardzo dużo im zawdzięczam, bo mnie edukują muzycznie. Zwłaszcza syn, dużo przynosił mi różnych płyt. Przychodził do mnie i mówił: „Ty ojciec, czego ty słuchasz? Jakichś rycerzyków? Daj sobie spokój!” (śmiech). I daje mi płytę, a ja mu na to: „Spier…aj , nie będę tego słuchał!”. A kiedy wychodzili z domu to wtedy odpalałem płyty i…no, no (śmiech)! Bardzo dużo mi pokazali – Korn, Soulfly, Nine Inch Nails, A Perfect Circle, Toola, tego typu klimaty. Także edukują mnie muzycznie, z czego bardzo się cieszę, bo uważam, że człowiek powinien słuchać różnej muzyki, żeby tworzyć, żeby nie stać w miejscu. Trzeba iść do przodu, ja chcę się do końca życia rozwijać, więc mam fajnie.

A czy bierzesz pod uwagę taką opcję, żeby nagrać płytę z Deleted, albo żeby twoje dzieci maczały paluchy w Turbo?
Może w Turbo nie, ale jeśli chodzi o moją solową działalność to tak. Już nawet z synem sobie o tym rozmawiałem. On się zajmuje programowaniem, tego typu różnymi sprawami, córka może coś zaśpiewa…także biorę jak najbardziej pod uwagę taką współpracę.

Jakiś czas temu graliście koncert nieopodal Zielonej Góry – w Nowej Soli. Z tego co pamiętam był to koncert, na który wstęp był darmowy. Często robicie takie rzeczy?
Jak nas zapraszają to tak! My w ogóle wychodzimy z takiego założenia, że się nie obrażamy na nic, ani na nikogo. Żyjemy w takim a nie innym kraju i nie będziemy tu niczego manifestować. Takie są warunki – jaki kraj, taki terroryzm. Wiesz, ja mógłbym się obrazić, ale wtedy będę siedział w domu, a co mi po siedzeniu w domu? Ja jestem muzykiem, chcę grać, to jest moja praca, muszę zarabiać pieniądze. Darmowe imprezy to jest w ogóle coś chorego, ale nie myśmy to zaczęli. To w latach 90-tych zaczął RMF czy jakieś takie sprawy. Ludzie się do tego przyzwyczaili i skończyły się wtedy koncerty, bo jak cię ktoś zobaczył w lecie na darmowym gigu to nie będzie płacił 30 złotych, żeby przyjść na normalny koncert, bo już cię widział za darmo. To zniszczyło całą muzykę w Polsce. No, ale gramy jednak takie sztuki.

Czy planujecie wrócić w niedalekiej przyszłości do Zielonej Góry z tradycyjnym koncertem Turbo?
Myślę, że tak tylko nie wiem, czy jest tu taki klub, w którym można by zagrać taki koncert. Słyszałem, że pod tym względem to tak kiepsko…  

No np. tutaj (wywiad przeprowadzony był w 4 Różach Dla Lucienne – red.).
Tutaj to nie wiem…chociaż może? Słuchaj jeśli będzie taka potrzeba, będzie zapotrzebowanie na nas i ktoś nas zaprosi to czemu nie? Z przyjemnością (śmiech)!
 

Autor: Michał Cierniak

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close