Home / Kultura / Muzyka / Diabelskie palce i bluesowa dusza
fot.
(fot. )

Diabelskie palce i bluesowa dusza

Zanim jednak przejdę do samego AC/DC, należy wspomnieć o wspomagającym gwiazdę wieczoru Dżemie, który zagrał prawie godzinny set, a w nim największe przeboje i jeden nowy utwór, którego premiera odbędzie się we wrześniu wraz z resztą premierowego materiału. A teraz danie główne.

Wszystko jak w zegarku, punktualnie o godzinie 21 na trzech telebimach publiczność ujrzała dość długie animowane intro przedstawiające rock’n’rollowy pociąg rozpędzony do granic możliwości. W roli głównej sam Angus Young w towarzystwie dwóch kuso ubranych młodych dziewczyn. Chwilę potem na scenę zza rozsuniętego telebimu i przy histerycznym wrzasku zgromadzonych fanów wyłania się prawdziwa lokomotywa przy otwierającym koncert riffie z „Rock N’Roll Train”. Publiczność jest w amoku. Pierwsze minuty tego koncertu upłynęły pod znakiem walki o przetrwanie w szalejącym pod sceną tłumie, na co oczywiście każdy rozsądny człowiek był przygotowany (niemniej jednak niektórzy nie widzieli na czym polega rockowe szaleństwo i młyn potraktowali jako przejaw, najdelikatniej mówiąc, złego wychowania). Brian Johnson – wokalista – rzucił krótkie „Hello Warszawa” i „It’s been to long Poland” bez zbędnego słodzenia i uprzejmości, po czym zagrali „Hell Ain’t a Bad Place to Be”.

Forma muzyków, nagłośnienie i oprawa sceniczna na bardzo wysokim poziomie, do czego przez kilkanaście lat przyzwyczaili. Tylko Brian sprawiał wrażenia zmęczonego. Wokalnie oczywiście, bo fizycznie cały czas na najwyższych obrotach. Truchtał to z jednego końca sceny na drugi, a to urządzał sobie przebieżki na wybiegu, który dzielił ludzi pod sceną na pół. Angus, któremu ponoć czasami nie chce się już tak szaleć, na moje oko dał z siebie wszystko. Na telebimach dokładnie było widać jego zaangażowanie przypieczętowane częstym i intensywnym przemieszczaniem się na całej długości sceny i ognistymi solówkami, które trafnie przed „The Jack” skomentował Brian: – I tell you, this guy has a devil in his fingers and blues in his soul. Było prawie 15 minutowe solo i gitarowy dialog z publicznością, było „tarzanie” się po scenie i kaczy chód, słowem Angus nie zawiódł.

Program był oczywiście oparty na największych klasykach zespołu, poza czterema reprezentantami „Black Ice”, najnowszym utworem był „Thunderstruck” z 1990 roku, reszta to lata 70 i początek 80. Nie jest to oczywiście zarzut, większość ludzi przyszła usłyszeć te właśnie utwory i dostali je w najlepszym z możliwych wykonań, chociaż brakowało czegoś z płyty „Ballbreaker”, ale możliwe, że tylko ja tak twierdzę.

Podsumowując, drugi koncert AC/DC w Polsce jest już historią, fani mają wspomnienia na całe lat, „niefani” będą mogli powiedzieć, że po prostu byli i widzieli. Ja osobiście chciałbym kiedyś przeżyć to jeszcze raz. Cytując Dżem – „Wehikuł czasu, to byłby cud”.

Autor: Łukasz Świdurski

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close