Home / Kultura / Literatura / Kosmiczny pył [opowiadanie]
Kosmiczny pył (fot. Krzysztof Radwański)

Kosmiczny pył [opowiadanie]

Pije alkohol codziennie, zaczynając już od rana. Zresztą, jakie to ma znaczenie.

Po chwili opuszcza pustą szklankę na podłogę, która spada i toczy się po miękkiej, zielonej wykładzinie. Zapala papierosa i zamyka oczy. Wciąż ma przed oczami twarz wściekłej Beaty.

Na sterylnym blacie, w centralnej części pomieszczenia stoi mikroskop i mnóstwo próbek. Obok nich, w zamkniętym przezroczystym pojemniku szaro-brunatny pył. Kosmiczny pył. Wygląda jak spora porcja heroiny.

Dwadzieścia miesięcy wcześniej wyglądało to zupełnie inaczej. Nadchodziła słoneczna jesień. Liście drzew pokrył złoty kolor, a powietrze zrobiło się odrobinie chłodniejsze.  Beata była w ciąży i wspólnie oczekiwali na narodzenie pierworodnego syna. Andrzej awansował w instytucie i został przyjęty do realizacji bardzo znaczącego badania.

Kontrakt od początku był objęty klauzulą tajności, co wróżyło ciekawe i wymagające zajęcie. Na początek dowiedzieli się tylko o dość wysokim wynagrodzeniu. Zaczęli więc od razu snuć plany zakupu własnego domu i nowego samochodu. Wszystko układało się jak najlepiej.

Andrzej został przydzielony do zespołu pół roku później. Pracował po osiem, czasami dziesięć godzin dziennie. Beata spędzała czas w domu, pochłonięta lekturami o rodzeniu i wizytami u prowadzącego lekarza.

Adam przyszedł na świat deszczowym popołudniem w miejskim szpitalu. Jakiś czas później razem z rodzicami przeniósł się z małego mieszkania w bloku, do niedużego domu z ogrodem na przedmieściach.

Badania weszły w decydującą fazę i wymagały coraz większego zaangażowania. W zespole pracowało osiem osób, ale liczyły się wyniki indywidualne. Szef projektu, którego Andrzej znał już kilka dobrych lat, zaczął coraz bardziej go naciskać. Spędzał więc coraz więcej czasu w instytucie. Najpierw dziesięć, dwanaście godzin, z przerwami na krótki lunch. Po kilku tygodniach zaczął jeździć do pracy również na weekend.

Beata z początku przyjęła to ze zrozumieniem. Zresztą pochłonięta była całkowicie wychowywaniem syna, a mąż dostarczał im swoją pracą środków, które zapewniały wysoką stopę życiową.

Jednak z biegiem czasu, z tygodnia na tydzień, to się zmieniało. Zauważyła że czegoś jej brakuje.

Została całkowicie sama, zupełnie bez wsparcia i obecności męża. Wciąż dostawała pomoc swojej mamy i ojca, którzy mieszkali niedaleko, ale to nie było to samo. Przeprowadziła z Andrzejem kilka poważnych rozmów. Za każdym razem kończyło ostrą kłótnią. Był całkowicie pogrążony pracą, nie miał zupełnie czasu prywatnego, ale bardzo ich kochał. Obiecywał, że w ciągu najbliższych miesięcy doprowadzi prace badawcze do końca i wtedy znajdzie sobie zajęcie, które nie będzie wymagało takiego zaangażowania. Na pewno też wyjadą na długie wakacje tam, gdzie wymarzy sobie Beata. Wszystko to jednak, po zakończeniu tajnego zadania.

Zgasił papierosa i podniósł się z sofy. Zachwiał się na nogach i złapał oparcia sofy. Był już mocno wstawiony. Ostrożnie podszedł do blatu roboczego i usiadł na krześle. Na chwilę znów zamknął oczy, jakby chciał je ponownie otworzyć i znaleźć się w zupełnie innym miejscu. Spojrzał w końcu na pudełko pełne kosmicznego pyłu. Otworzył je delikatnie i rozsypał niewielką ilość. Sięgnął do szuflady biurka i wyjął z portfela banknot. Zwinął go powoli i wsadził w dziurkę od nosa. Wciągnął to.

Obudził się w tym samym miejscu co zawsze. Otoczony brunatną pustynią, porośniętą karłowatymi krzewami i niewielkimi skałami. Nad sobą zobaczył dwa, ogromne księżyce w tym samym kolorze co piasek pod stopami. Tym razem na niego nie czekali. Nie bał się jednak, wiedział, że przywoła ich swoimi myślami. Przyjdą na pewno, zawsze to robili. Póki co, mógł przespacerować się chwilę i podziwiać ten nieznany świat.

Gdy zaczął przyglądać się księżycom, zauważył że po dłuższej chwili zmienia się ich kolor. Z brunatnego szybko przechodzi w błękitny i czerwony. To było coś niesamowitego. Wyciągnął rękę w ich kierunku, w odruchu całkowitego zauroczenia.

Nagle poczuł lekkie ukłucie w skroniach. Przyszli.

Siedem identycznych postaci, w ciałach przypominających ludzi. Pokrytych białym proszkiem i dziwnie pachnących. Wyglądali, jak manekiny, zrobione z białej i wciąż ruszającej się galarety. Nie mieli twarzy, a ich kończyny miały po dziesięć palców.

Otoczyli go z każdej strony i zaczęli wysyłać impulsy podniecenia, które już znał. Każdy z nich położył jedną rękę na jego ciele. Po chwili poczuł to. Niesamowita ekstaza przeszyła każdy zakątek ciała. Poczuł orgazm, ale do tysięcznej potęgi. Zamknął oczy i pogrążył się w tym uczuciu. Było niewyobrażalnie piękne i uzależniające. Nie mógł się przed nim powstrzymać, choć trwało tylko chwilę.

Po kilku minutach w nagłym odruchu odłączyli się od niego, jakby nie starczyło im już więcej siły. Ich ciała zaczęły falować jeszcze bardziej. Teraz złączyli się kończynami miedzy sobą i zaczęli wydawać z siebie dziwne, wysokie dźwięki. Po kilku sekundach zniknęli.

Otworzył oczy i z niechęcią stwierdził, że nadal jest w laboratorium. Wstał z sofy i spojrzał w niewielkie lustro, zawieszone nad umywalką. Podkrążone oczy i zmęczona twarz kontrastowały ze święcącymi i pełnymi życia oczami. Przemył się wodą.

Usiadł przy biurku i zauważył święcącą wiadomość na sekretarce. Włączył przycisk.

– Cześć, to ja…

– Wyprowadziłam się z Adamem do rodziców…

– Zadzwoń, jak to wszystko przemyślisz.

Głos Beaty był pełen cierpienia i troski. Wiedział, że nadal go kochała i jej zależało.

Sięgnął po napoczętą butelkę alkoholu i nalał sobie kolejnego drinka. Upił łyk i szybkim ruchem usunął wiadomość z telefonu. Włączył komputer i zaczął pracować.

Dwa tygodnie później sytuacja niewiele się zmieniła. Prawie nie wychodził z laboratorium i w ogóle nie wracał, do pustego już teraz domu. Wciąż pracował, pił i wciągał kosmiczny pył. Zdał sobie sprawę, że jest już mocno uzależniony. Z początku zażywał jedną dawkę raz na kilka dni, teraz przenosił się do Nich już co wieczór. Nie mógł się powstrzymać.

Z niepokojem spoglądał na pojemnik z brunatną zawartością. Jego zawartość w szybkim tempie znikała, co martwiło go w tej chwili najbardziej. Kilka razy rozmawiał już o niewystarczającej ilości materiału badawczego ze swoim przełożonym, ale skończyło się to fiaskiem. Każdy z badaczy dostał tą samą ilość i to musiało mu wystarczyć. To był naprawdę cenny towar.

Tej nocy znów było cudownie. Tym razem podwoił dawkę, co skutkowało dłuższym spotkaniem i jeszcze dłuższym orgazmem. Zatracił się w tym doszczętnie.

Znów obudził się nad ranem i spojrzał w lustro. Umył twarz i przeczesał palcami włosy. Coś było nie tak. Dotknął kolejny raz swojej głowy. Na czubku głowy wyczuł niewielki guz. Wcześniej nic takiego nie miał. Nerwowo zdarł z siebie koszulę i ściągnął spodnie. Zaczął przyglądać się swojemu ciału. Zauważył jeszcze dwa, dziwne, czarne znamiona, na jednej ze stóp i plecach. Na ich wierzchu znajdowały się niewielkie rany. Wyglądały niepokojąco.

Promienie popołudniowego słońca wpadały do obszernego i urządzonego w kolorze białym gabinetu. Za biurkiem, na skórzanym fotelu siedział szczupły, lekko siwiejący lekarz, ubrany w granatowy garnitur.

– Jak wyszły badania? – odezwał się Andrzej rozparty na niewielkim krześle.

– Nie jest zbyt dobrze. Od kiedy pan to ma?

– Zauważyłem to niedawno, może z tydzień temu.

– Wcześniej tego nie było?

– Nie zauważyłem.

– To dziwne. Nagle uaktywniły się u pana trzy złośliwe czerniaki, o dużej grubości i średnicy. Zrobiliśmy prześwietlenie głowy, płuc i jamy brzusznej.

Andrzej poprawił się na krześle i splótł dłonie, nerwowo wpatrując się w mężczyznę.

– Są przeżuty na płucach i w brzuchu. To już bardzo zaawansowana choroba.

W gabinecie nastąpiła cisza. Słychać było tylko szum działającej klimatyzacji.

– Jak długo będę jeszcze żył?

– Jeśli natychmiast przystąpimy do leczenia, to może kilka miesięcy, może pół roku…

Przyjechał z powrotem do laboratorium. Zamknął drzwi i wyłączył telefony. Rzucił wyniki badań na biurko. Nie miał ochoty ich oglądać. Zrobił sobie mocnego drinka.

Wypił go i otworzył pudełko z pyłem. Wysypał całą jego zawartość. Wyjął kartę kredytową i za jej pomocą ułożył sześć długich ścieżek.

Skręcił banknot i wciągnął je wszystkie po kolei do nosa.

Przymknął oczy i udał się w swoją ostatnią, kosmiczną podróż.

 

MARCIN RADWAŃSKI

Rocznik 1978. Urodzony w Zielonej Górze, gdzie nadal zamieszkuje. Absolwent Zespołu Szkół Budowlanych i Centrum Kształcenia Ustawicznego, z edukacyjnym epizodem na UZ. Z zawodu technolog drewna, informatyk i bhp-owiec. Pracował jako magazynier, krojczy pianki poliuretanowej, kasjer, a ostatnio jako doradca klienta w sklepie komputerowym. Wielbiciel kryminałów i literatury obyczajowej. Wolny czas lubi spędzać na lekturze, przy grach video, w kinie, a latem na rowerze, lub w piwnym ogródku. Publikował opowiadania na łamach magazynów literackich „Parnasik”, „Akant”, „Pro Libris”, oraz na stronach internetowych „Szafa”, „Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa”, „Cegła”. Aktualnie zajmuje się pracą nad powieścią obyczajową.

Autor: Marcin Radwański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close