Home / Kultura / Film / Wsiąść do pociągu – recenzja
fot.
(fot. )

Wsiąść do pociągu – recenzja

W 1974 roku na ekrany kin w Stanach wszedł obraz „Długi postój na Park Avenue”, gdzie niesamowity pojedynek stoczyli Walter Matthau (m.in. „Dwaj zgryźliwi tetrycy”) oraz Robert Shaw (m.in. „Szczęki”, „Żądło”). Powodem starcia było porwanie pociągu, którego dopuścił się drugi z panów. Przestępcę mógł powstrzymać jedynie weteran policji, „zgryźliwy tetryk” Matthau. Film pełnymi garściami czerpał ze schematów charakterystycznych dla kina klasy b, którego prawdziwe apogeum przypadło właśnie na lata 70.     Sukces pierwowzoru zachęcił ekipę filmową pod dowództwem Tony’ego Scotta do nakręcenia nowej, uwspółcześnionej wersji.

Do współpracy zaprosił Johna Travoltę, który w przerwach pomiędzy scjentologicznymi sesjami wcielił się w postać  Rydera. Denzel Washington pojawił się zaś w roli oskarżonego o korupcje pracownika nowojorskiego metra Garbera.

Tak jak w oryginalnej wersji mamy porwanie wagonu metra, żądanie okupu i olbrzymią dawkę napięcia. Niby nic nowego. Co sprawia, że film ogląda się bez chwili znużenia? Świetna gra dwójki głównych bohaterów, którzy uważają się za ofiary systemu, który żywili. Każdy z nich ma na koncie jakiś grzeszek, który napędza akcję całego filmu. Ozdobnikami są dobrze skonstruowane postacie drugoplanowe, James Gandolfini („Rodzina Soprano”) jako burmistrz Nowego Jorku oraz John Turturro (obie części „Transformers”, a wcześniej m.in. „Czacha dymi”), który w metrze strachu gra policyjnego negocjatora.

Świetne zdjęcia w połączeniu z niejednoznacznością podejmowanych decyzji sprawiają, że czujemy się bohaterami wydarzeń na ekranie. Najmocniejszą stroną filmu jest fakt, że trzyma w napięciu dokładnie tam, gdzie powinien. Końcowy efekt częściowo psuje wielki finał, w którym Garber podnosi swe szlachetne cztery litery zza biurka i bierze udział w szalonym pościgu, którego zwieńczeniem jest klasowa strzelanina. Wydaje mi się to być ukłonem w kierunku amerykańskiej publiczności, która nie strawiłaby filmu bez świstu latających kul, jak to było w przypadku „Jarhead” Sama Mendesa.

Przez prawie dwie godziny, jakie spędziłem w kinie bawiłem się lepiej niż na nieszczęsnych „G.I. Joe”. Mimo,  że końcowy efekt mógłby być jeszcze lepszy, to i tak śmiało mogę stwierdzić, że to jeden z filmów tego lata, a także jeden z najlepszych remake’ów w historii.

Autor: Łukasz Michalewicz

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close