czwartek , 8 Grudzień 2016
Home / Kultura / Film / Wilk z Wall Street – czy warto obejrzeć?
fot. materiały prasowe
Kadr z filmu Wilk z Wall Street (fot. materiały prasowe)

Wilk z Wall Street – czy warto obejrzeć?

Przy Wall Street w Nowym Yorku mieści się cały amerykański rynek finansowy.
To właśnie tutaj skromny i nieśmiały chłopak, Jordan Belfort (DiCaprio), z żoną fryzjerką, której obiecuje zarabiać miliony, rozpoczyna swoją karierę od zera. Właściwie to nie od zera, a od nic nie znaczącego planktonu – tak właśnie zostaje nazwany w pierwszym dniu wymarzonej pracy.

W świat giełdy, który od pierwszych chwil fascynuje młodego brokera, wprowadza go niejaki Mark Hanna. Makler, popijający drinka dokładnie co 5 minut, mruczący przy tym indiańską pieśń i wciągający kokainę, bez zbędnych ceregieli opowiada młodemu pracownikowi, że nie da się w tym świecie normalnie funkcjonować bez korzystania w ogromnych ilościach, z alkoholu, narkotyków i seksu.

Niestety, nasz filmowy bohater debiutuje w sławetny czarny poniedziałek (1987 roku), kiedy to indeksy giełdowe na całym świecie gwałtownie zaczęły spadać. To z kolei przyczyniło się do tego, iż Belfort staje się przymusowo bezrobotnym. Nie na długo jednak, gdyż trafia do prowincjonalnego domu maklerskiego, gdzie zdumiony wypytuje jednego z pracowników: gdzie macie komputery, skąd bierzecie wskaźniki? Wszystko to okazuje się zbędne, gdyż groszowe akcje wykupują najczęściej biedni i naiwni listonosze. Albo hydraulicy.

Korzystając ze swoich wcześniejszych doświadczeń, Belfort zaczyna wciskać kit swoim klientom zdumiewając przy tym resztę pracowników. Bardzo szybko się na tym wzbogaca, aż w końcu postanawia zacząć działać na własną rękę i otwiera dom maklerski – Stratton Oakmont. Oczywiście nie zamierza działać sam. Organizuje zaufaną i doświadczoną ekipę… handlarzy potrafiących sprzedać wszystko, najczęściej narkotyki. 

W okamgnieniu pragnienie sprytnego wilka o wielkiej fortunie zaczyna się spełniać, a jego życie zaczyna przypominać cudowny sen na jawie. Wydać 28 mln w jedną noc? Najdroższy i największy dom na świecie? Rzędy samochodów? Gigantyczny, budzący podziw jacht? Helikopter? Żaden problem. Do tego wszystkiego nowa, super seksowna piękność u boku. To wszystko powoduje, że narkoman i seksoholik staje się królem życia. I ciągle chce więcej i więcej. W pewnym momencie jego egzystencja zlewa się w jedną, gigantyczną imprezę, niekończący się seks, a priorytetem staje się dla niego miłość do ukochanej towarzyszki życia – kokainy.

W jednym z wywiadów DiCaprio wyraził swoje zdanie na temat granego przez siebie bohatera: „ta postać to facet, który uległ wszystkim rozpustnym pokusom świata i nie dbał o nikogo innego, poza sobą samym”.

Opowiadając tę biograficzną historię, Martin Scorsese zdecydował się pokazać widzowi wszystko, bez żadnych niedomówień czy cenzury, przez co film staje się bardzo wiarygodny. Jednak podając widzowi wszystko na tacy, nie ucieka od wulgaryzmów (te padają w filmie najwięcej razy w historii kina), nagości, i bardzo odważnych i bezpruderyjnych scen erotycznych. Jednakże dzięki ogromnemu talentowi reżysera sceny te, nie są odrażające. Większą odrazę budzi w nas bohater, który posuwa się do tych czynności, aniżeli sposób, w jaki sceny zostały nakręcone.

Dialogi są błyskotliwe i zabawne, cały film ogląda się jednym tchem, niemalże tak, jak podczas czytania dobrej książki. Film trwa 180 minut, co stanowi małe wyzwanie dla widza, jednak świetnie poprowadzona akcja powoduje, że nie czuje się upływającego czasu, bowiem trzyma w napięciu od początku do końca.

W „Wilku z Wall Street” Leonardo DiCaprio daje niebywały, perfekcyjny popis swoich aktorskich umiejętności. Przez to, że film ukazuje kolejne etapy życia granego przez niego bohatera, a w każdym z nich wydaje się być zupełnie kimś innym (od charyzmatycznego przywódcy po żałosnego narkomana), możemy podziwiać bardzo szerokie spektrum jego talentu.

Ponadto, na uwagę zasługuję Matthew McConaughey (grający wspominanego wcześniej Marka Hanna), który co prawda pojawia się w filmie tylko na kilka minut, jednak w krótkim czasie potrafił tak doskonale wykreować swoją postać, że pamięta się ją jeszcze długo po zakończeniu filmu.

Jednym zdaniem podsumował film sam Martin Scorsese mówiąc, że „to nie jest komedia, to jest film. Jest zabawny, chociaż to nic śmiesznego”.
 

Autor: Wioleta Patyk

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close