Home / Kultura / Film / Cinema City: Fighter
(fot. )

Cinema City: Fighter

Ulicą idzie para głupkowatych kolesi. Pierwszy – cwaniak – miota się na prawo i lewo napinając kurczęce mięśnie. Drugi – typ frajera – ciągnie się za nim częstując wszystkich tępym wyrazem twarzy. Dicky (cwaniak) to miejscowa legenda, duma miasta Lowell. Kiedyś miał zadatki na dobrego pięściarza, teraz spędza czas na trenowaniu brata i paleniu cracku. Choć właściwie w odwrotnej kolejności. Micky po części podążył w ślady brata. Próbuje boksować, ale na razie jest chłopcem do bicia dla chcących się dowartościować pięściarzy. Warto zaznaczyć, że „Fighter” bazuje na autentycznych wydarzeniach.
    Teoretycznie to Micky – Mark Wahlberg – jest pierwszoplanową postacią, ale w rzeczywistości cały ciężar wziął na siebie Christian Bale, grający Dicky’ego. W zachowaniu Bale’a czuć autentyczne szaleństwo i narkotykowy głód. Aktor na potrzeby „Fightera” darował sobie metaliczno-industrialny tembr głosu, do którego przyzwyczaił w swoich ostatnich kreacjach. W końcu tutaj na śniadanie pali crack, a nie wciąga kilogram gwoździ. Bale błyszczy do tego stopnia, że dostał za tę rolę Oscara. To pierwsza statuetka. Druga trafiła do Melissy Leo (drugoplanowa rola żeńska), brawurowo odtwarzającej toksyczną matkę
Micky’ego i Dicky’ego. Jak przy tak wyrazistych postaciach wypada Marky Mark Wahlberg? Właściwie przechodzi obok, ale przynajmniej nie irytuje, co w przeszłości zdarzało mu się wielokrotnie. Max Payne, Joseph Grusinsky w „Królach nocy” – to tylko niektóre „kreacje”, gdzie szanowny harcerzyk przypominał chłopca wystruganego przez skacowanego Dżepetto. Tutaj Wahlberg ograniczył środki artystycznego wyrazu do minimum.
    Minimalizm – to hasło przyświecające filmowi Davida O. Russella (m.in. „Złoto pustyni”). Realizacja pełna quasi-dokumentalnych ujęć z ręki perfekcyjnie oddaje beznadzieję amerykańskiej prowincji. Lowell musi być jednym z najsmutniejszych miast na świecie. Ich obecny burmistrz – bo prezydenta nie mają – James L. Milinazzo na bank nie wycina z budżetu pieniędzy na wydarzenia kulturalne, bo słowo „kultura” jest mu zupełnie obce. Muzyka, pełna rockowych tytanów, takich jak Led Zeppelin, Red Hot Chili Peppers, Whitesnake, fantastycznie uzupełnia film. Wisienką na torcie jest moment, w którym Christian Bale wykonuje „I Started A Joke” Bee Gees. Lepszą wersją może pochwalić się tylko wielki Mike Patton.
    „Fighter” nie ma najmniejszych szans stać się dziełem ponadczasowym. Za parę lat będziemy pamiętać jedynie „ten film, w którym Christian Bale przemówił ludzkim głosem”. Russell stworzył trochę leniwy, ale też niesamowicie naturalny obraz, który pozornie przechodzi obok, ale jednocześnie wprawia w przyjemny, choć trochę bojowy nastrój. Po napisach końcowych mimowolnie zaciskamy pięści i nucimy „Eye Of The Tiger”…

Autor: Maciek Kancerek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close