Home / Informacje / Uczelnia / Doktor z gitarą!
Andriej Kotin (fot. Aleksandra Górska)

Doktor z gitarą!

Jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką?
Miało to miejsce dawno temu, około 10-1 lat wstecz. Było to wtedy, kiedy po raz pierwszy w życiu usłyszałem rosyjski zespół Akwarium, którzy w mojej ojczyźnie są kultowi, a poza nią niestety mało znani. Dzięki nim otworzyła się dla mnie furtka dla światowej muzyki. Łączą bowiem to co najlepsze w muzyce zachodniej z wysokiej jakości rosyjskimi tekstami. Dzięki nim tak naprawdę poznałem Beatlesów, Boba Dylana i wielu innych artystów począwszy od Nicka Cave’a i kończąc na King Crimson. Później, gdy już mieszkałem w Polsce stwierdziłem, że też chcę grać. Chciałem pisać piosenki w języku polskim, które oddawałyby to, co tak bardzo fascynuje mnie w duchu utworów Dylana czy Akwarium.

Gdzie szukasz inspiracji do pisania swoich piosenek?
Szczerze mówiąc nie szukam ich. One przychodzą tak naprawdę same i na tym polega całą frajda. Gdybym sam szukał tych inspiracji, nie byłoby to takie fascynujące i ciekawe. Tak mogą przyjść skądkolwiek i w jakiejkolwiek sytuacji. To może być artykuł w gazecie, nagły rym, który przychodzi do głowy, rozmowa z jakąś osobą… Zazwyczaj nie mogę wskazać konkretnej inspiracji. Do głowy przychodzą po prostu jakieś słowa, często razem z muzyką, które z pewnego powodu wydają się słuszne w oddziaływaniu na mnie. Znaczenie tych słów sprawia, że coś się dzieje i dookoła nich zaczyna powstawać reszta piosenki. Wychodzi to spontanicznie, bo ciężko mi wyobrazić sobie sytuację, w której siadam
i myślę „a teraz napiszę piosenkę na taki czy inny temat”. Nie mówię, że nie było takich przypadków, ale zdarzały się rzadko. Kiedyś np. słuchałem jakiejś piosenki i pomyślałem, że można by było coś zrobić w jej stylu, ale jednak przewrotnie, inaczej.

Przed Twoim ostatnim koncercie w Zielonej Górze ogłaszano, że zagrasz na nim bardzo dużo nowych utworów, które niedługo mogą ujrzeć „światło studyjne”. Czy należy to rozumieć jako zapowiedź płyty?
Jeżeli chodzi o płyty to od pewnego czasu zajmuję się takim „niszczeniem showbiznesu” (śmiech). Nagrywam je i nie ma żadnej wytwórni, które by je wydały. Ma to swoje plusy i minusy. Minusem jest to, że może to nie brzmieć jak z profesjonalnej wytwórni, która ulepsza dużo rzeczy po nagraniu. Plusem jest natomiast to, że jestem niezależny i mogę robić to, na co mam ochotę i szaleć do woli, jeśli chodzi o te nagrania. Jeśli chodzi o dystrybucję tych płyt, to zajmuję się nią sam sprzedając ją na koncertach albo przez swojego Facebooka czy Myspace. Jak na razie nagrałęm dwa albumy – jeden w języku polskim, a drugi z rosyjskimi piosenkami. Teraz nagrywam utwory do trzeciej płyty, która będzie polskojęzyczna.

Mieszkasz już trochę lat w Zielonej Górze. Czy uważasz, że to dobre miasto dla młodych artystów, dla ich rozwoju?
Ogólnie uważam, że tak, ale w dużej mierze zależy to od gatunku muzyki czy rodzaju uprawianej sztuki. Z muzyką akustyczną np. jest trochę trudniej, niż z muzyką rockową czy rock’n’rollową albo popową. Tak jest jednak w niemal każdym mieście. Oczywiście w większych miejscowościach jest więcej klubów nadających się do takich kameralnych koncertów.
W Zielonej Górze też jest sporo lokali, ale powstaje pytanie, czy są one równie dobre dla takich akustycznych wykonawców, jak dla grających bardziej rozbudowaną muzykę. Z tym są małe kłopoty i nie narzekałbym, gdyby pojawiło się więcej lokali, gdzie można byłoby grać koncerty kameralne. Aczkolwiek sam nie jestem wyznawcą tylko jednego stylu grania. Miałem kiedyś zespół rockowy i świetnie się wtedy bawiliśmy. Chętnie bym powrócił do tego grania. Druga sprawa jest taka, że wszystkie ograniczenia nie pochodzą z zewnątrz, tylko z wewnątrz. Jeżeli ktoś naprawdę ma coś do powiedzenia, a co najważniejsze czerpie radość z tego, co robi i chce to robić, to każde miasto i każda miejscowość będzie dobra dla tego, co po prostu musi wydostać się na zewnątrz.

Pod względem ludzi, z którymi można współpracować chyba też nie jest najgorzej? Sam udzielasz się w kilku projektach, m.in. Zentrum czy Hoboys, który tworzysz z Arkiem Tydą z grupy Bezsensu.
Pod tym względem jest fantastycznie. Właściwie to jest kilka zespołów czy ludzi, z którymi współpracuję spontanicznie albo bardziej regularnie i są to m.in. właśnie Arek Tyda, Kasia Pawłowicz z zespołu Palisounder, Marcin Gryszczyk, który gra zarówno ze mną, jak i w Palisounder oraz Bezsensu na basie… Jeżeli chodzi o ludzi, to jest świetnie! Jest mnóstwo zespołów, które znam osobiście, a na pewno też sporo innych, o których jeszcze nie słyszałem i nie było mi dane zobaczyć ich na żywo. Jest naprawdę ciekawie i choćby dlatego mogłoby powstać jeszcze więcej miejsc koncertowych, aby może organizować jakieś festiwale, bo naprawdę jest co pokazać.

Wracając do twoich projektów. Udział w nich podyktowany jest chęcią pomocy zaprzyjaźnionym muzykom, czy masz tyle pomysłów, że solowa działalność nie wystarcza ci na ich realizację?
Wszystko zależy od projektu. To naprawdę są bardzo różne historie. Jeśli chodzi o Hoboys, to pewnego razu po rozmowie z Arkiem doszliśmy do wniosku, że fajnie byłoby zrobić coś razem. Cały materiał zrobiliśmy od początku do końca wspólnie. Co do Zentrum to powstał on z mojej inicjatywy. Chciałem po prostu znaleźć ludzi, z którymi grałbym swoje piosenki i ewentualnie tworzylibyśmy coś razem. Ten zespół jest dla mnie jednak mistycznym fenomenem, bo w momencie kiedy jest potrzeba, to on się materializuje i gramy koncert albo coś nagrywamy, a potem znowu jest przez jakiś czas milczenie (śmiech). Tak naprawdę ja cały czas szukam ludzi, którzy chcieliby ze mną grać i którym odpowiadałyby moje piosenki. Jeśli ktoś ma taką ochotę, to ja wtedy z radością nawiązuję współpracę od razu. Nie mam takiej ideologii, że chcę grać sam z gitarą i harmonijką. Ja to robię z konieczności. Jeśli ktoś z czytelników na czymś gra i byłby zainteresowany współpracą, to proszę śmiało się ze mną kontaktować.

A co byś robił, gdybyś nie miał możliwości grania i tworzenia muzyki?
To okrutna wizja… Wiesz, oprócz grania muzyki robię jeszcze parę innych rzeczy. Są to praca naukowa, a także pisanie opowiadań, wierszy, powieści. Tak czy inaczej bez muzyki czułbym się jak człowiek zamknięty w klatce, więc starałbym się z niej uciec i tak czy inaczej grać i śpiewać (śmiech).

Zdjęcie wykonano w Českiej Hospodzie “U Švejka” w Zielonej Górze przy ul. Boh. Westerplatte.

Autor: Michał Cierniak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informcji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close